Serwis www.piszewiersze.pl używa plików Cookies w celu ułatwienia korzystania z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest w po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji znajduje się w Regulaminie. Zamknij

Rejestracja konta

Login
E-mail
Hasło
Powtóz hasło

Ostatnio dodane wiersze

Pokój dziecinny2021-10-22 14:13
Nieważne 2021-10-22 13:50
Spotkania2021-10-22 13:41
Instynkt i gęba2021-10-22 09:16
Po wszystkim..2021-10-22 08:59
U portu cierpie...2021-10-22 01:51
Na płótnie2021-10-21 23:49
Gdybyś2021-10-21 22:56
Scenariusz na M...2021-10-21 22:43
PYTANIE o ROZPO...2021-10-21 21:03
Senna misja2021-10-21 20:30
Jeżowe igraszki2021-10-21 17:53
... bukiet spoj...2021-10-21 13:43
***(liryczne ws...2021-10-21 11:51
Szkoda...2021-10-21 10:55

więcej

Ostatnio dodane opowiadania

Rozalia2021-10-13 22:46
Kd 10.08, sob. 9.10 st...2021-10-09 10:29
krótki dziennik 18.55 ...2021-10-03 19:20
Kd.09.42, sob.2.10 wol...2021-10-02 10:06
Świadectwo2021-09-28 00:24

więcej

Najlepsze w tym miesiącu

Róże 2021-10-01 02:25:14180
Bo świat jest inny2021-10-04 17:29:29170
Tak po prostu2021-10-16 15:51:19160
Wolne dni....2021-10-12 14:48:42160
Roztańcz we mni...2021-10-12 20:27:31150
Modlitwa ta naj...2021-10-17 12:32:11150
niewinne tęsknoty 2021-10-06 10:23:35150
Pozwól się poko...2021-10-14 17:19:35150
Do czytelnika2021-10-04 08:37:04140
brzuszek2021-10-16 16:21:04140

więcej

Nadaremność

Pamiętam… Przechodziłem tędy w 1860 roku. Jaki to region? Wasileostrowskij, Kalininskij, Krasnogwardiejskij, Puszkinskij…? Oślepia jaskrawe słońce… Błyskają spadające krople, które skapują z krawędzi spadzistych dachów… U stóp — lustra kałuż — pełne błękitnego nieba… — radosnego przedwiośnia… Otacza mnie bulgotanie żeliwnych rynien… — chlupoczące mlaskania podkutych, oficerskich butów… — stukot końskich kopyt… — terkot drewnianych kół na wyłożonym wyślizganymi kocimi łbami Newskim Prospekcie, albo innej arterii carskiej stolicy… Śmiechy, nawoływania… — przekleństwa… Kute, żelazne barierki… — za nimi wiry ciemnej, skotłowanej wody i przesuwana powolnym rzecznym nurtem spękana, zgrzytająca kra… Elewacje kamienic pokrywają plamy zacieków, kreski popękanego tynku, blaski… — cienie… Różnobarwne witryny sklepów, kawiarń, restauracji — zapraszają uprzejmie do przytulnych, pachnących wnętrz, obitych miękkością atłasowych wykończeń… — lecz rozbłyski zamykanych-otwieranych okien — powodują efekt stroboskopu… Zakrywam dłońmi przezroczystą twarz, ulegając gwałtownemu spięciu przeszywającemu mózg i drętwiejące ciało…

Budzę się na środku chodnika, przywalony częściowo warstwą błotnistej, śnieżnej breji… Jak tu trafiłem? — Ale chyba dochodzę powoli do siebie… Pierzchają czarne, kołujące plamy… Usiłuję wstać, oparłszy plecy o ceglany występ… Stawiam bardzo niepewnie pierwsze kroki (nauka chodzenia nie jest wcale taka prosta…) Przelatujący bogowie tną powietrze stalowymi dziobami, niczym furkoczące skrzydłami kraczące kruki, wrony… Krew z rozbitego nosa, wybitych zębów zabarwia strużkami długą, pokrytą zaschniętą białą pianą brodę … Stoję pod ścianą, zgięty jak znak zapytania, przemoknięty, głodny… Jakieś schizofreniczne, drwiące, całkowicie niezrozumiałe, stłumione głosy — przenikają poszczególne warstwy tajemniczych głębin… „Odpowiedz mi, proszę — gdzie jesteś, Jewgienijo? Kocham cię, słyszysz? Wiem, że wodzisz za mną źrenicami pełnymi gwiazd”… Nawołuję… — błagam w tęskniącym amoku… — nadaremnie… Nasłuchuję… — tylko piskliwy szmer kosmicznej pustki… Wchłonął mnie — bez możliwości powrotu — ogromny wir szalejącego czasu… Pościerane kostki dłoni, są efektem beznadziejnej walki z demonami swojej własnej niemocy… Ciepły wiatr owiewa wilgotne, długie włosy, przylepione poskręcanymi kosmykami do pokrytego kroplami zimnego potu czoła… Zmierzam do szaleństwa, ostatecznej przegranej… — ostatecznego unicestwienia…

Idę przed siebie, szukając pradawnej przeszłości, która dziwnie zawładnęła moim chorym umysłem… Podążam ulicami lśniącego, ociekającego miasta… Stary dozorca w połatanej fufajce, przerwawszy na chwilę odgarnianie szuflą resztek brudnego śniegu… — przygląda mi się badawczo… Wszystko coraz bardziej płonie czerwienią zachodzącego słońca… Brama, mur… — drewniany, wilgotny płot… — nagie gałęzie drzew… Pomnik wielkiego bohatera na koniu (Piotra Wielkiego? Mikołaja I-go?), kopuły Soboru św. Włodzimierza, św. Trójcy? Bryła Dworca Warszawskiego?… Suną dostojnie po szerokim placu damy w szerokich, jasnych kapeluszach i długich sukniach, trzymając nad głowami otwarte, przeciwsłoneczne parasolki… — panowie w amarantowych frakach i wysokich, czarnych cylindrach… Nieopodal — obrzucają siebie mokrymi śnieżkami rozbawione, piskliwe dzieci… Upadam… Czuję, że ktoś szarpie poły dziurawego płaszcza, wyrywa guziki… Krzyczy…

(Włodzimierz Zastawniak, 2021-07-03)

***

https://www.youtube.com/watch?v=0qhMgk-wX6Q

Data dodania2021-07-03 13:13
KategoriaRóżne
AutorIncommunicado

O autorze Wszystkie opowiadania

Komentarze

(Komentarze mogą dodawać jedynie zalogowani użytkownicy)

Brak komentarzy
Portal z poezją Pisze wiersze