Serwis www.piszewiersze.pl używa plików Cookies w celu ułatwienia korzystania z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest w po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji znajduje się w Regulaminie. Zamknij

Rejestracja konta

Login
E-mail
Hasło
Powtóz hasło

Ostatnio dodane wiersze

To nie2022-06-25 21:50
Ach2022-06-25 21:38
Nieba błękitem2022-06-25 21:28
niech nie pieje2022-06-25 15:59
To Serce2022-06-25 05:24
OLa TATY2022-06-24 23:45
WYDOBYWAJĄC z S...2022-06-24 23:10
wakAKCJE2022-06-24 19:25
malowidła przyrody2022-06-24 19:07
Życiowa prawda2022-06-24 14:07
Liberanki 22022-06-24 11:43
Rudowłosa2022-06-24 05:43
Przepraszam Tat...2022-06-23 22:37
NieKONIECznie2022-06-23 21:23
RADOŚĆ w PANU2022-06-23 20:34

więcej

Ostatnio dodane opowiadania

Jak wyjaśnić śmierć dz...2022-06-04 00:11
O szaleństwie ateizmu2022-06-02 23:14
Strzelanina w Noisymou...2022-05-24 02:46
Byliśmy martwi2022-05-23 15:02
Odwiedziny2022-05-07 10:25

więcej

Najlepsze w tym miesiącu

Jak zostać świę...2022-06-10 16:15:1190
Tatusiu nasz ko...2022-06-03 12:47:0380
Wspomnienia z d...2022-06-03 16:09:4670
Autobiograficzn...2022-06-08 13:22:1570
Duch budzi się ...2022-06-02 11:24:2070
Na Chmielnej 2022-06-10 22:43:0170
Podziękowania d...2022-06-22 21:37:0160
Łzy2022-06-08 08:58:2260
Egzamin z biolo...2022-06-03 11:17:3660
Limeryk polityczny2022-06-09 11:19:3660

więcej

Piętno (albo: Kapitan Bolbao i zagadka cyrkowego wozu)


Mężczyzna zwisał martwy ze sznura przywiązanego do belki w suficie. Jego zdeformowana twarz sprawiała, że kapitanowi patrzyło się na niego dość nieprzyjemnie. Nie żeby oglądanie wisielców dawało komukolwiek przyjemność, może z wyjątkiem psychopatów, a kapitan Henry Bolbao, mąż i ojciec rodziny, żadnym psychopatą z pewnością nie był.
- Nie dość że wisielec, to w dodatku brzydki – rzucił swoją uwagę porucznik Simon James, przypatrując się ciału z grymasem niezadowolenia.
Nieboszczyk, choć niskiego wzrostu, był jednak dobrze zbudowany. Stan jego rąk świadczył o ciężkiej pracy fizycznej podejmowanej za życia.
Grabarz Ebenezer Ruffin zignorował wypowiedź młodego porucznika.
- Nazywał się Kutcher, imienia nie znam. W ogóle nikt o nim nic nie wie w całym Casseroles, bo każdy go unikał ze względu na… – tutaj Ruffin kiwnął głową w stronę budzącej odrazę twarzy martwego. – Był wyrzutkiem, nie pokazywał się ludziom, gdy nie musiał. Zamieszkał w tym opuszczonym wozie, i nie wchodził innym w drogę, z wyjątkiem kiedy sprzedawał drewno. Każdego rana widywałem go z daleka jak pracuje z siekierą lub piłą. To był odludek, ale pracowity.
Dalszą historię kapitan znał. Grabarz miał odebrać dzisiaj trumny, które znalazł pod plandeką obok wozu, lecz chcąc zapłacić za nie, zastał drzwi zamknięte. Zapukał, ale nic z tego. Zaniepokoiło to Ruffina, trzeba tu bowiem wspomnieć, że drzwi do starego cyrkowego wozu nie posiadały zamka na klucz, zamykane były jedynie od wewnątrz na metalową zasuwę. Zawiadomił więc policję, a ta za pomocą narzędzi zrobiła w drzwiach dziurę, i w ten sposób znaleziono drwala martwego.
- Dziwne jest to – podjął znów grabarz – że wybrał tydzień, na który się z nim umówiłem po odbiór trumien, a zamknął się w środku. Przecież wiedział, że będę chciał mu zapłacić.
- Może tego nie planował, to był akt desperacji – pomyślał porucznik na głos. – Czy dobrze zanotowałem? Widział go pan ostatni raz żywego w piątek, to jest trzy dni temu.
- Zgadza się.
Kapitan do tej pory milczał, gładząc w zamyśleniu swą długą brodę.
- Miejsce wygląda, jakby było przeszukiwane – rzucił.
Panowie zamilkli, i dopiero teraz zwrócili swoją uwagę na otoczenie wisielca. Stolik stał krzywo w kącie pomieszczenia, książki leżały na półce przewrócone, a parę z nich na podłodze.
- Może gniew… – porucznik nie był dobry w budowaniu zdań. – Rzucał przedmiotami w nerwach, każdemu może się zdarzyć. Mógł na przykład być… zły na cały świat, rodzice straszyli nim dzieci, że je porwie, nikt nie chciał na niego patrzeć. Z rozpaczy że ma taką facjatę porozrzucał rzeczy, a w końcu się powiesił.
Ruffin przypomniał sobie widok zapracowanego Kutchera, jak z wielką siłą ciosa kawałki drewna toporem. Czy było w tym coś więcej niż praca? O czym wtedy myślał Kutcher? Czy może w jego zamaszystych ruchach ręką istniał jakiś zalążek gniewu? Tego typu myśli, jak natarczywe chimery, poczęły zlatywać się na jego głowę.
Przegonił je jednak spokojny głos kapitana.
- Nie wiem jak ogromną siłę w nogach miał ten człowiek, ale krzesło wylądowało prawie pod ścianą. Ruffin, masz przy sobie miarkę?
Grabarz wyjął przyrząd do mierzenia, i podszedł z nim do zwisających zwłok; od tyłu, nie chciał bowiem patrzeć na brzydką twarz drwala.
- Metr sześćdziesiąt osiem.
Kapitan chwycił krzesło, postawił je na nogi, po czym na nie wszedł, ku zaskoczeniu swoich obu towarzyszy.
- Gdybym miał metr sześćdziesiąt osiem… – powiedział cicho, jakby do siebie – …zawiązałbym sznur niżej. Facet musiał co najmniej stanąć na palcach, żeby dostać do pętli. Może nawet podskoczyć.
Porucznik podrapał się po głowie.
- Był zdesperowany. Zdesperowany człowiek nie myśli o takich rzeczach.
- Ja bym zawiązał sznur tak, żeby mi było wygodnie – odparł grabarz z lekkim uśmiechem.
- Tak czy inaczej, nic tu się nie klei – rzekł kapitan, ciągle stojąc na krześle. – Krzesło kopnięte jakby było piłką, porozrzucane przedmioty, przewrócone książki na regale, sznur zwisający za wysoko.
- Chyba nie sugerujesz, że to morderstwo? – zapytał ostrożnie młody James.
- Niczego nie sugeruję.
- Facet wyglądał jak potwór, ale żeby go od razu mordować?
Grabarz popatrzył na policjantów z lekkim niedowierzaniem.
- Przypominam panom, że drzwi były zaryglowane od wewnątrz. Nie da się inaczej wejść, jak tylko je niszcząc, co też panowie zrobili. Te drzwi tymczasem były takie, jakie były odkąd pamiętam. Zamknąć je na zasuwę to znaczy pozostać w środku, a w środku pozostał tylko on.
Nastała krótka cisza.
- Jest taki trik… – zaczął nieśmiało porucznik, spoglądając w stronę kapitana, jakby prosił o udzielenie głosu. – Robi się z nitki małe lasso, i w ten sposób porusza zasuwką z drugiej strony drzwi.
Bolbao natychmiast zbił sugestię młodszego kolegi.
- Zasuwa jest metalowa, nitka byłaby za słaba. Sznurek z kolei by się nie zmieścił. Co by nie mówić o starym wozie cyrkowym, drzwi ma porządne.
- Miał, panie kapitanie. – Zaznaczył grabarz. – Miał.

***

Edna Bolbao nalewała rosół.
- Henry, proszę cię o jedno. Nie mów przy obiedzie o swojej pracy. Ani słowa o mordercach, śmierci, zwłokach, trupach. Nauczycielka skarżyła się, że John pisze w swoich wypracowaniach tylko o strzelaninach. W naszym domu nie będzie takich tematów.
- Dobrze – gdyby nawet kapitan chciał się nie zgodzić ze swoją żoną, był na to zbyt zmęczony.
Rodzina konsumowała wspólny posiłek w ciszy. Do czasu kiedy mały John nie zadał swojego ulubionego pytania.
- Tato, jak tam w pracy? Zastrzeliłeś kogoś?
- Nie, synku. Mamy teraz sprawę…
Łyżka Edny zgrzytnęła znacząco o talerz.
- Dzieci, zadam wam zagadkę – poprawił się kapitan. – Zagadkę nie cierpiącą zwłoki.
- Zwłoki! – krzyknął John.
Rozległo się kolejne zgrzytnięcie.
- Wyobraźcie sobie, że mieszkacie sami w wozie cyrkowym…
- Jak Brzydki Drwal? – zapytała nagle nastoletnia córka.
- Sarah, nie przerywaj ojcu.
- Co to jest wóz cyrkowy? – spytał mały John.
- Domek na kółkach cyrkowej trupy – wyjaśnił ojciec.
- Trupy?
Edna zgromiła męża spojrzeniem.
- …w tym wozie są drzwi, które można zamykać na zasuwkę, wyłącznie od środka. Przez cały dzień wóz był zamknięty w ten sposób, a wewnątrz byliście tylko wy. Zauważyliście wieczorem, że… ktoś wymalował ścianę musztardą.
Pierwsza odezwała się Sarah.
- To proste. Zrobił to mały John, bo ja nie zrobiłabym nigdy czegoś tak głupiego.
- Nieprawda! – zaoponował chłopiec. – Byłby to absolutny brak poszanowania dla musztardy!
Tata wciął się w ich dywagacje.
- Wiecie również, że żadne z was tego nie zrobiło, bo cały czas byliście razem.
- Hm…
Dzieci zamyśliły się.
- Czy w wozie jest okno? – zapytało dziewczę.
- Jest, ale bardzo małe. Nie przeszedłby przez nie dorosły człowiek.
- Więc przeszedł mały chłopiec. Sobowtór Johna!
John kopnął siostrę w nogę pod stołem, co uszło uwadze rodziców.
Kapitan pogładził się po brodzie.
- A jeśli powiem, że okno również otwiera i zamyka się wyłącznie od wewnątrz?
Dzieci siedziały zrezygnowane.
- To nie jest możliwe – powiedziała Sarah.
- Jakie jest rozwiązanie? – spytał ciekawy John.
- Nie wiem, dzieci. Zupełnie nie wiem.
Po skończonym obiedzie dzieci wybiegły na podwórko, a Edna włączyła radio. Kapitan nabijał sobie fajkę, gdy z odbiornika wydobywały się popołudniowe wiadomości z regionu. Przechodził właśnie korytarzem, kiedy jego uszu doszedł urywek.
…przelotne opady. Ogłoszono wyniki plebiscytu na najzdrowsze miasto kraju. Zwycięstwo przysługuje miasteczku Casseroles, w którym specjalnie wybrana komisja nie znalazła ani jednego przypadku choroby, niepełnosprawności czy ubytku na ciele. Wszyscy mieszkańcy stanowią doskonałe okazy zdrowia i elegancji – są wysportowani, dobrze się odżywiają, i nie ma ani jednej otyłej osoby. Minister zdrowia wręczy jutro nagrodę pieniężną burmistrzowi Casseroles, Winstonowi Moviesowi, któremu z racji wygranej przysługują także dotacje na rzecz lokalnej infrastruktury…
Kapitan zatrzymał się z piskiem opon mózgowych. Z kuchni dał się słyszeć głos jego żony.
- Słyszałeś? Nasze miasto wygrało konkurs na najzdrowsze w całym kraju!
- Spora suma pieniędzy podatników z drugiego końca kraju pójdzie na to, żeby się lepiej żyło naszemu burmistrzowi.
- Nie tylko jemu, może wreszcie załatają dziury w drogach. Poza tym, nasz burmistrz nie jest taki zły. Promuje aktywny tryb życia, wspiera biednych.
- Kochana, to socjalista. Socjalista pochyla się nad biednymi tak nisko, że wypadają mu z głowy resztki rozumu; sam zresztą socjalizm pochyla się nad potrzebującymi tak bardzo, że spada i miażdży ich ze skutkiem śmiertelnym.
- W każdym razie mówi całkiem mądrze; o rodzinie, o Bogu…
- Widziałaś go kiedyś z rodziną w kościele?
- Powiedział kiedyś, że jest wierzący niepraktykujący.
- Jak szatan.

***

Kapitan Bolbao gładził swoją długą brodę, chodząc wokół cyrkowego wozu z dziurą w drzwiach i zardzewiałym dyszlem, i dokonując oględzin otoczenia. Dużo drzew, dużo kory, dużo trocin, duże skały, równa powierzchnia, kamyki, pet. Pet? Kapitan podniósł niedopałek cygara, przypatrzył mu się uważnie, i schował do kieszeni. Usłyszał za sobą pospieszne kroki. Był to porucznik Simon James, jak zawsze tryskający energią.
- Kapitanie, przysyła mnie burmistrz. Za pół godziny rozpocznie się wręczenie nagrody od ministra, a my mamy zapewnić ochronę prominentom.
- Spokojnie, już idę.
- Pan burmistrz powiedział też, że nie powinniśmy zajmować się sprawą samobójstwa.
- Nie zajmujemy się sprawą samobójstwa. Swoją drogą, po drodze zaniesiesz to do laboratorium. – Kapitan wręczył Jamesowi niedopałek. – Aha, czy dobrze rozumiem, że ten wóz i ziemia należą teraz do miasta?
- Tak, nie znaleziono żadnych krewnych Kutchera.
- W takim razie kupię tę działkę. Będę miał ciche miejsce do odpoczynku po pracy.
- Z pewnością nie będzie droga. Z dala od centrum, najbliżej jest do złomu, placu budowy i cmentarza. To dość ponura okolica, nawet wyłączywszy niedawną obecność wisielca.

Odebranie nagrody odbyło się bez niespodziewanych kontrowersji, bo lubiano burmistrza na tyle, by go nie próbować odstrzelić. Zarówno on, jak i minister, wygłosili przemowy o zdrowiu, ekologii, i ‘innych takich’, a kapitan nie spuszczał wzroku z lokalnego polityka.
Winston Movies był mężczyzną w średnim wieku, ale wyglądał młodziej. Był z rodzaju karierowiczów – swoją pozycję zdobył jako prezes firmy budowlanej, by następnie wejść do polityki. Jako prezes był kapitalistą, jako polityk socjalistą, jako człowiek hipokrytą.
Podszedł do kapitana, i uścisnął mu dłoń nie przestając się triumfalnie uśmiechać. Jego garnitur pachniał pieniędzmi.
- Kapitanie Bolbao, cieszę się, że jednak przybyłeś.
- Nie łamię danych obietnic, ponieważ nie jestem wybierany na kadencje.
Śmiech burmistrza był trochę za głośny by uznać go za naturalny.
- Kapitanie, życzyłbym ci zdrowia, gdyby nie to, że żyjesz w najzdrowszym mieście kraju. U nas żyje się tak dobrze, że ludzie nie chorują.
- Albo umierają od razu. Burmistrzu, czy możesz mi udzielić informacji kiedy nasze miasteczko odwiedziła komisja odnośnie tego plebiscytu?
- Dokładnie wczoraj.
- Rozumiem. Zatem jedyny mieszkaniec Casseroles objawiający niepełnosprawność umarł w przeciągu trzech dni poprzedzających przyjazd komisji badającej poziom zdrowia mieszkańców.
- Ach, chodzi o tego… drwala, czy tak? Przykra sprawa. Nie widzę jednak związku jednego z drugim. Chyba nie sugerujesz, kapitanie, że ten biedny człowiek poprzez swoje samobójstwo poświęcił się dla naszego miasta?
- Sugeruję, że ktoś mógł mu w tym pomóc.
- Któż dokonałby czegoś tak okrutnego, żeby zabić człowieka po to, aby miasto wygrało plebiscyt? To jakiś absurd.
- Nie, jeśli dokonał tego beneficjent nagrody.
Burmistrz na te słowa przestał się uśmiechać.
- Niby jak miałbym to zrobić? Czy ja wyglądam na kogoś, kto potrafi przechodzić przez ściany?

***

Bolbao nabijał sobie fajkę siedząc w bujanym fotelu. Myślał.
- O czym myślisz, tato? – zapytał mały John, siedząc na dywanie.
- Myślę nad rozwiązaniem tej zagadki, o której ci mówiłem.
- Aha.
Teraz myśleli obaj.
Ciekawa rzecz, to myślenie – kiedy intensywnie się je stosuje odnośnie jakiegoś przedmiotu, coraz trudniej jest myśleć o nim inaczej. Ujmuje się ów przedmiot w ramy swoich wyobrażeń i przyzwyczajeń, lecz co jeśli w rzeczywistości przedmiot ten nie mieści się w owych ramach?
Edna przechodziła akurat w pobliżu, gdy zatrzymał ją widok męża i syna siedzących w zadumie.
- Co robicie? – zapytała.
- Myślimy – odparł chłopiec.
- Och – wyraziła swoje zaskoczenie.
Rozległo się pukanie do drzwi, na które rodzina zareagowała jak pies, gdy coś poruszy się w środku nocy.
- Ja otworzę – obwieściła małżonka kapitana. – A ty Henry myśl z Johnem, nauczy się mądrze myśleć, i jak dorośnie, wyniesie z domu coś więcej niż pieniądze rodziców.
Po chwili w pomieszczeniu pojawiło się znajome oblicze porucznika Jamesa.
- Kapitanie…
- Nie jesteśmy w pracy, możesz mi mówić Henry.
- Tak… Rapke zbadał to cygaro… to bogata marka – nieudolnie próbował zbudować zdanie.
- Tak?
- Tak, w zasadzie jedyna osoba którą stać na palenie tak drogich cygar w Casseroles to burmistrz.
- Mhm.
Rozmowie przysłuchiwała się Edna.
- Cygaro?
Porucznik odwrócił się zaskoczony.
- Tak, kapitan… znaczy się, Henry, znalazł niedopałek w pobliżu miejsca zbrodni.
- Zbrodni? – zainteresował się mały John.
- John, marsz do pokoju! – rozkazała matka chłopca.
- Ale nie skończyłem myśleć.
- Dokończysz jutro.
Mały John podreptał w inne miejsce domu.
- Czy dobrze zrozumiałam, że podejrzewacie burmistrza o przestępstwo?
- Jest jedynym podejrzanym. Brakuje nam tylko sposobności – wytłumaczył Simon James.
- Nie wiemy jak wymalował ścianę musztardą… – mówił nie przestając intensywnie myśleć kapitan.
- Słucham?
Bolbao zorientował się, że chłopca nie ma już w pobliżu. Jego małżonka nie ukrywała swojego zaskoczenia dowodem w sprawie.
- Burmistrz podejrzany o zbrodnię, świat się przewraca do góry nogami! – zawołała na odchodne.
Kapitan zastygł w bezruchu. Po chwili wyjął z szuflady kartkę.
- Co będziesz robił? – zapytał zainteresowany porucznik.
- Napiszę list do burmistrza.

***

Winston Movies siedział w swoim biurze z dokumentami w ręku i cygarem w ustach. Do pomieszczenia weszła sekretarka.
- Panie burmistrzu, poczta do pana. Zdaje się, że napisał do pana kapitan policji.
Burmistrz uniósł głowę znad dokumentów.
- Naszej policji?
- Tak, Henry Bolbao.
- Połóż pocztę na stoliku.
Sekretarka zrobiła jak polecił, a następnie wyszła. Gdy zza ściany dało się słyszeć stukot przycisków maszyny do pisania, mężczyzna wstał, i podszedł do stolika. Otworzył kopertę.

Szanowny Burmistrzu,

pragnę serdecznie przeprosić Cię za oskarżycielski ton słów, jakie wypowiedziałem przy naszym ostatnim spotkaniu. Chcąc wynagrodzić za tę niepodpartą dowodami sugestię, zapraszam Cię na partyjkę szachów przy dobrym chmielu, do mojego świeżo wyremontowanego wozu cyrkowego, którego zakupiłem wraz z ziemią, na której stoi. Prawdopodobnie sam wiesz, że mężczyzna potrzebuje takiego miejsca do wyciszenia się. Przybądź zatem w czwartkowe popołudnie, jeśli będziesz miał czas.

Z pozdrowieniami,
Henry Bolbao.

Burmistrz się lekko uśmiechnął, a w uśmiechu tym było coś w rodzaju ulgi.

***

Przemalowany na jasne kolory wóz z pewnością wyróżniał się na tle ciemnozielono-brązowego otoczenia, i nie budził już skojarzeń z wiszącymi zwłokami. Wstawione nowe drzwi, podobne do poprzednich, i wyposażone w identyczną zasuwę, wysprzątane pomieszczenie, poukładane rzeczy na regałach, firanka w oknie, specjalny stoliczek do gry w szachy – to wszystko zrobiło na burmistrzu dobre wrażenie.
- Twój ruch.
Kapitan sięgnął po kufel piwa.
- Muszę przyznać, że nieźle się tu urządziłeś – pochwalił go burmistrz.
- Wygląda to z pewnością lepiej niż wcześniej, prawda?
- Zdecydowanie.
Bolbao uśmiechnął się.
- Kiedy tu byłeś?
Gość zawahał się.
- Nigdy wcześniej tu nie byłem, jedynie przejeżdżałem drogą i stamtąd widziałem wóz. Wyglądał raczej paskudnie. Szach.
W oddali dało się słyszeć warczenie jakiejś maszyny.
- Ktoś urządza tu sobie wycinkę? – wyraził swoje zdezorientowanie burmistrz.
- To mój kolega. To nic takiego.
Warczenie robiło się coraz głośniejsze, i nagle burmistrz poczuł jak krzesło na którym siedzi zjeżdża lekko po podłodze w kierunku stolika.
- Co się dzieje?
Mało tego, po chwili stolik zbliżył się do kapitana, a kapitan wraz ze swym krzesłem do ściany. Kilka figur szachowych się przewróciło.
- Mój kolega, porucznik Simon James, wypożyczył od pańskiej firmy mini dźwig.
- Co takiego?!
Książki na regale przechyliły się zgodnie w jednym kierunku, parę bibelotów upadło na podłogę. Cały wóz przechylił się w jedną stronę, niczym tonący okręt.
- Proszę spojrzeć na drzwi – poinstruował burmistrza kapitan.
Ciężka metalowa zasuwa pod wpływem grawitacji zaryglowała wyjście.
- Wystarczy! – krzyknął Bolbao.
Wóz wrócił równie powoli na swoje pierwotne miejsce, jakby nic się przed chwilą nie wydarzyło, acz poprzewracane i poprzesuwane przedmioty mówiły co innego.
- Tak pan to zrobił.
- Ty nędzny psie, więc to była pułapka! – wrzeszczał wściekły burmistrz.
- To żadna pułapka, miło spędziliśmy popołudnie. Jeśli chce pan wyjść, proszę bardzo.
Winston Movies odszedł od stolika, przesunął zasuwę, i otworzył drzwi. Za nimi stał porucznik z kajdankami.
- Jest pan aresztowany za zamordowanie brzyd… znaczy się, Kutchera.
Do wozu wszedł Ebenezer Ruffin.
- Kapitanie, chciałem cię poinformować, że rozmawiałem z Anną Smith, najstarszą mieszkanką Casseroles. Staruszka powiedziała mi, że drwal miał na imię Felix, Felix Kutcher. Jego twarz uległa deformacji na skutek poparzenia, kiedy przeszło dwadzieścia pięć lat temu uratował dzieci z płonącej szkoły.
Porucznikowi zrobiło się głupio. Przywołał w pamięci okropnie wyglądającą twarz nieboszczyka, i teraz nie budziła w nim już odrazy, przeciwnie – szacunek.
Kapitan Bolbao ułożył figury na szachownicy do nowej rozgrywki, zapraszając gestem grabarza do stolika.
- Więc nosił na sobie piętno bohaterstwa.

Data dodania2022-02-01 03:40
Kategoria
AutorSprytus

O autorze Wszystkie opowiadania

Komentarze

(Komentarze mogą dodawać jedynie zalogowani użytkownicy)

Tak Bracie:)
Data dodania: 2022-02-04 23:24
Dziękuję za Twoją opinię. Czy czytałeś moje opowiadania 'Świadectwo' oraz 'Wir przemocy'?
Data dodania: 2022-02-04 23:21
Wyszedł Ci Bracie całkiem niezły kryminał..i poza morałem o powierzchownym osądzaniu wplotłeś zgrabnie kilka śmiesznych dialogów, co jest dużą sztuką, by w tak naturalny sposób wczuć się w różne postaci, zwłaszcza dziecka:)
Gratuluję:))
ps. jedno z lepszych Twoich opowiadań, co dobrze rokuje:)
Data dodania: 2022-02-02 01:39
1 z 1
Portal z poezją Pisze wiersze