Serwis www.piszewiersze.pl używa plików Cookies w celu ułatwienia korzystania z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest w po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji znajduje się w Regulaminie. Zamknij

Rejestracja konta

Login
E-mail
Hasło
Powtóz hasło

Ostatnio dodane wiersze

niech nie pieje2022-06-25 15:59
To Serce2022-06-25 05:24
OLa TATY2022-06-24 23:45
WYDOBYWAJĄC z S...2022-06-24 23:10
wakAKCJE2022-06-24 19:25
malowidła przyrody2022-06-24 19:07
Życiowa prawda2022-06-24 14:07
Liberanki 22022-06-24 11:43
Rudowłosa2022-06-24 05:43
Przepraszam Tat...2022-06-23 22:37
NieKONIECznie2022-06-23 21:23
RADOŚĆ w PANU2022-06-23 20:34
Kilka słów do s...2022-06-23 17:39
Nie koniec świata2022-06-23 16:23
Słuchając Angel...2022-06-23 16:09

więcej

Ostatnio dodane opowiadania

Jak wyjaśnić śmierć dz...2022-06-04 00:11
O szaleństwie ateizmu2022-06-02 23:14
Strzelanina w Noisymou...2022-05-24 02:46
Byliśmy martwi2022-05-23 15:02
Odwiedziny2022-05-07 10:25

więcej

Najlepsze w tym miesiącu

Jak zostać świę...2022-06-10 16:15:1190
Tatusiu nasz ko...2022-06-03 12:47:0380
Wspomnienia z d...2022-06-03 16:09:4670
Autobiograficzn...2022-06-08 13:22:1570
Duch budzi się ...2022-06-02 11:24:2070
Na Chmielnej 2022-06-10 22:43:0170
Limeryk polityczny2022-06-09 11:19:3660
POWITAJ PIĘKNO2022-06-11 00:50:0460
Egzamin z biolo...2022-06-03 11:17:3660
Podziękowania d...2022-06-22 21:37:0160

więcej

Dekapitacja na grzybobraniu (albo: Kapitan Bolbao i zagadka z grzybami w tle)

- A ten?
- Niejadalny.
Ebenezer Ruffin wyglądał grzybów po lewej, czarnoskóry młodzieniec zaś po prawej stronie ścieżki.
- A ten, mistrzu?
Grabarz śmignął wzrokiem po zaroślach na nie dłużej niż pół sekundy.
- Też niejadalny. To zresztą ten sam typ, co parę grzybów wcześniej. Szwankuje ci pamięć?
Jeremy Hay miał coś na to odpowiedzieć, ale zdążył właśnie wypatrzyć kolejny okaz.
- Mistrzu, ten na pewno nie jest niejadalny.
Ruffin w moment zlokalizował znalezisko.
- Masz rację.
Uczeń sięgnął po scyzoryk.
- Ten jest trujący – dodał grabarz po chwili, na co chłopiec zareagował, jakby doznał poparzenia. – Co byś ty beze mnie zrobił, zatrułbyś się na śmierć.
Ruffin miał w zwyczaju natychmiast odpowiadać na zadane przez siebie pytania, co irytowało chłopca, ale ten nie dawał tego po sobie poznać, bardzo bowiem szanował swego mistrza. Mało tego, grabarz zastępował mu ojca, który to zszedł był na zawał przeszło dwa lata temu.
- Gdybym nie poszedł z mistrzem, nabrałbym wszystkie do koszyka, a potem przyniósł mistrzowi do przeglądu – powiedział mimo wszystko Jeremy.
- To byś musiał wyciepać ze trzy czwarte koszyka. Tu i tak jadalnych raczej nie znajdziemy, bo już wszystkie zebrane przez Hitchinsową. Trzeba szukać głębiej, bo my nawet w lesie nie jesteśmy.
Chłopak rozejrzał się dokoła. Nie licząc koślawo ciągnącej się ścieżynki, byli otoczeni wyłącznie przez niezliczone drzewa.
- Jestem przekonany, że jesteśmy w lesie, mistrzu.
- A gdzie tam, to dopiero przedlesie.
Grabarz lubił stanowić dla młodzieńca wzór i autorytet, popisywał się więc przed nim wiedzą, nawet jeśli ta była wątpliwa, bądź wprost zmyślona.
- Jak znam Hitchinsową, to splądrowała pół lasu. Z tego, co uzbierała, można byłoby zrobić grzybową, i nakarmić cały batalion. W zbieraniu grzybów nie ma sobie równych. Jest na chodzie od rana.
- To po co w ogóle tu jesteśmy?
- Margaret Hitchins się już starzeje, i powoli siada jej wzrok, więc mogła nieco przeoczyć. Poza tym, powody długo by wymieniać, a nie chce mi się wchodzić w dygresje. Choćby to, że spacer jest ogółem zdrowy. Aktywność, mój drogi, to podstawa. Oczywiście i w tym może być przesada. Istnieją na przykład ludzie, którzy łowią ryby, a potem je wypuszczają z powrotem do wody. Moim zdaniem to głupie, bo szkoda czasu: i człowieka, i ryb. Inni z kolei polują na zwierzynę, i jeśli robią to dla pożywienia, to dobry zawód.
- A mistrz jaką ma broń?
- Zwykłą starą strzelbę. Od dawna nieużywana, bo w co mam strzelać, jak przy cmentarzu mieszkam. Dawniej byłem mocny w strzelectwie. Takim do tarcz, nie do ludzi. Aczkolwiek raz… ale miałem nie wchodzić w dygresje.
Obaj dotarli do rozwidlenia dróg. Uwagę Ruffina przykuła tablica z napisem ‘DROGA POŻAROWA’. Grabarz skrzywił się.
- Przecież ten znak jest w złym miejscu – powiedział.
- Jak to w złym? – zdziwił się Jeremy.
- No, droga pożarowa to jest ta po prawej – tutaj grabarz wskazał stromy zjazd w dół. – Drogą po lewej wyjedzie się z Casseroles.
Młodzieniec podrapał się po głowie.
- Mistrzu, ale to nie ma znaczenia, bo drzewo i znak stoją na środku.
- No właśnie. Jakie są zasady na drodze? Gdzie zawsze stoi znak, który dotyczy kierowcę? Po prawej. Zawsze po prawej stronie od drogi. Czyli znak dotyczy czego? Tego, co jest po lewej stronie od znaku.
To istne gradobicie pytań i odpowiedzi wywołało na ciemnoskórym czole pojawienie się paru kropelek potu.
- Może mistrz ma rację… to znaczy, na pewno mistrz ma rację, ale… ludzie się już do tego przyzwyczaili.
- Złe przyzwyczajenia należy usuwać. Przestawimy go.
Chłopiec czuł się zakłopotany.
- Mistrzu, to może nie być najlepszy pomysł.
- Błędy trzeba poprawiać. Nie tylko swoje. Chodź, razem ulepszymy świat.
Jeremy niechętnie, ale posłusznie podszedł do znaku od drugiej strony, po czym wespół z mistrzem grabarskiego fachu wyjął tablicę z gruntu. Następnie obaj przenieśli znak na prawo od stromego zjazdu.
- Teraz będzie, jak należy. Widzisz? Przyszliśmy po grzyby, a przynieśliśmy porządek.
Nagle obok znaku śmignął rower kierowany przez starszego mężczyznę, i równie szybko zniknął z pola widzenia, zjeżdżając w dół drogi pożarowej.
- Czy to nie był stary Hitchins? – zapytał zaskoczony Ruffin, i Jeremy wiedział, że grabarz zaraz sam sobie odpowie. – To on. Może jego żona choruje, i teraz to on plądruje lasy z grzybów. Ta kobieta sobie nie odpuści. Choćby umrzeć już miała, to jeszcze zdąży rozesłać posłańców. W zapisie testamentalnym taki pewnie postawi warunek: zbierać grzyby. Mówię ci, chłopcze, z tą zawodniczką nie można się równać. Dobra, idziemy dalej, może stary Hithchins zostawił nam co z litości.
Panowie nie zrobili kilku kroków, a na horyzoncie pojawiła się kolejna postać na rowerze, z koszem wypełnionym po brzegi grzybami.
Ebenezer zdjął czapkę.
- Dzień doberek, pani Hitchins!
- Dzień dobry! – zawołała starsza pani z uśmiechem na twarzy, i grzybami w koszu, po czym zjechała w dół pożarowej drogi.
Ebenezer podrapał się po głowie, i nałożył czapkę z powrotem. Westchnął.
- Gdybym wiedział, że przybędą we dwójkę, to bym w ogóle się do lasu nie zabierał.
Zza krzewów wyszedł wąsaty jegomość.
- Dobry, panie cmentarz.
Był to Peter Kowalski, lekarz polskiego pochodzenia. Jego mocno łamana angielszczyzna bawiła Ebenezera.
- A dzień dobry, panie Kowalski. Widzę, że cosik pan znalazł.
- Ano, parę szrumów mi się zhapendziło zobaczyć w zaroślach. Włożyłem specjalnie gumowce. Wzdłuż ścieżki widziałem myssę Smith i myssę Hitchins.
- Właśnie przed chwilą ta druga wracała ze zgromadzonym towarem. Wcześniej widziałem chyba jej męża.
Nagle z oddali rozległ się kobiecy wrzask. Wszyscy jak jeden mąż odwrócili głowy w kierunku drogi pożarowej.
- Może się przewróciła? – pomyślał na głos Ebenezer.
Cała trójka pobiegła w dół drogi, mijając niedawno przestawiony znak. Biegnąc z górki, nie odrywali wzroku od przedziwnej sceny – oto na ziemi leżały dwa rowery, jedna osoba klęczała, a druga leżała. Im bardziej się zbliżali, tym bardziej byli pewni, że osobą klęczącą była Margaret Hitchins. Jednocześnie z tą pewnością, rosła niepewność co do stanu osoby leżącej. W końcu Ebenezer Ruffin, Jeremy Hay i Peter Kowalski stanęli tuż za płaczącą kobietą. Głowa Stephena Hitchinsa leżała na ziemi, oddalona ponad metr od reszty jego ciała.
Ciemnoskóry chłopiec popatrzył w szoku na swojego mistrza.
- Jakiego grzyba on zjadł?

***

Mały John przez całe sobotnie południe dreptał za swoją matką, nie ukrywając znużenia.
- Grzyby są nudne – powiedział. – Stoją, i stoją, i nic poza tym.
Nastoletnia Sarah nie słuchała narzekań braciszka, wpatrzona była bowiem w przydrożne zarośla.
- Szukanie rzeczy jest ciekawe – próbowała zachęcić chłopca Edna Bolbao. – Wymaga sprytu i skupienia.
Sarah uśmiechnęła się.
- U chłopców w wieku Johna stan skupienia to stan wyjątkowy, mamo.
John zaczął kopać napotkane kamyki.
- Gdyby to były grzyby atomowe…
- Przestań mówić takie rzeczy! – rozkazała matka, a następnie spojrzała przepraszająco na panią Smith. – Nauczycielka zasugerowała, że powinien więcej czasu spędzać na spokojnych aktywnościach. To ma oduczyć go myślenia o śmierci, morderstwach, trupach, i tym wszystkim, co stanowi domenę pracy ich ojca.
Żona kapitana policji, Edna Bolbao, była dumna z dokonań męża, lecz chciała uchronić dzieci przed jakimikolwiek szczegółami dotyczącymi brutalnego świata, w jakim Henry Bolbao musiał się obracać z racji wykonywanej profesji.
Z nagła mały John uniósł głowę, słysząc w oddali charakterystyczny głos ojca.
- Tata! – zawołał, i ruszył biegiem, nie zważając na kłujące go po nogach krzewy.
Reszta rodziny także przyspieszyła kroku, zostawiając panią Smith w tyle.
- Co wasz tata robi w lesie? – zastanawiała się Edna na głos.
Jedyna możliwa odpowiedź na to pytanie uderzyła w jej myślach jak grom.
- John, zaczekaj!
Było za późno. Mały chłopiec właśnie miał przed sobą uciętą głowę pana Hitchinsa.
Edna zemdlała.

***

Henry Bolbao wyszedł z samochodu.
- Zawiozłem ich do domu. Lekka utrata przytomności. Sarah się nią zajmie, to mądra dziewczyna. Patolog zaraz przyjedzie po ciało.
Porucznik Simon James nie odrywał wzroku od pozbawionych głowy zwłok. Anna Smith pocieszała wdowę, podczas gdy Ruffin, Hay i Kowalski żywo o czymś dyskutowali na boku.
Bolbao przyjrzał się czemuś, co wyglądało, jak czerwony punkt zawieszony w powietrzu pomiędzy drzewami.
- Stalowa linka – orzekł. – Gdyby nie pozostawiona krew z szyi, nawet bym jej nie spostrzegł.
- Kto chciałby zamordować tego staruszka? – wyraził swe zdumienie porucznik.
Wszyscy odruchowo spojrzeli na wdowę. Margaret Hitchins powoli się uspokajała.
- On w ogóle miał tędy nie jechać. Powiedział, że wybiera się do Kevina, to znaczy, do naszego syna. Mieszka w Waterscotch City.
Ebenezer Ruffin chrząknął.
- Muszę… muszę coś powiedzieć. My… to znaczy, ja…
- O co chodzi? – przycisnął grabarza Bolbao.
- Pan Hitchins rzadko bywał w lesie, więc jeśli chciał skręcić do Waterscotch, mógł się pomylić – wtrącił się Jeremy.
Słowa Jeremy’ego dodały Ebenezerowi śmiałości.
- Przesunąłem znak, ten przy drzewie. Był źle ustawiony. Trochę się z tym głupio czuję, bo gdybym go nie przestawił, pan Hitchins nadal by żył. Przejechał tuż po tym…
Bolbao uspokoił Ruffina:
- Wówczas zginęłaby inna osoba. Mianowicie pani Hitchins. Twoje przestawienie znaku więc nie ma w tym kontekście żadnego znaczenia. Mam na myśli to, że nie ponosisz za to winy. Natomiast… – kapitan spojrzał znów na czerwony punkcik. – …mogło mieć to znaczenie dla mordercy.
Margaret ożywiła się.
- To ja miałam być ofiarą?
- Na to wygląda. Linka musiała zostać zawieszona przed przestawieniem znaku, a o tym przestawieniu morderca nie wiedział. Ergo nie wiedział, że przed panią Hitchins pojedzie jej mąż.
- Czy to oznacza, że ktoś może nadal czyhać na moje życie? – zapytała Margaret.
- Nie ma się pani czego obawiać. Zapewnimy pani ochronę, dopóki sprawa się nie wyjaśni – zapewnił wdowę porucznik James. – Czy podejrzewa pani kogoś? Czy ktoś pani źle życzył?
Margaret zniżyła głowę.
- Nie na tyle, aby próbować zrobić coś takiego….
- Może tak się tylko pani wydawać. Jeśli ma pani jakichś wrogów…
Pani Hitchins spojrzała porucznikowi prosto w oczy.
- Synową – wypaliła bez ogródek.

***

Jeremy widział komisariat od wewnątrz po raz pierwszy.
- Fajnie tu. Czysto i porządnie – pochwalił.
Do biura wszedł porucznik.
- Kapitanie, udało mi się przesłuchać Kowalskiego. Puścić go do domu?
Bolbao pomyślał przez chwilę nad doborem słów porucznika.
- Tak. Zbierzemy teraz fakty.
- Nie ma ich dużo – skomentował sprawę grabarz.
Czekali na ponowne pojawienie się Simona Jamesa. Jeremy bujał w tym czasie w obłokach, jak to miał w zwyczaju. Przypomniało mu się, jak ojciec powiedział o nim kiedyś, że jego ulubiona poza to poza rzeczywistością.
- Możemy zaczynać – porucznik wrócił, trzymając w ręku notatnik.
- Dobrze. Zamiast myśleć nad tym, kto w ogóle chciałby zamordować panią Hitchins, zastanówmy się wpierw, kto MÓGŁ to zrobić.
Porucznik natychmiast otworzył notatnik na którejś ze stron, i rzucił jakby mechanicznie:
- Mógł to zrobić ten, kto wiedział o jej przebywaniu w lesie w oznaczonym czasie…
- Czyli każdy grzybiarz – wtrącił Ebenezer.
- …o tym, że powróci drogą pożarową…
- Czyli każdy grzybiarz.
- …i o tym, że powróci jako pierwsza.
- Czyli każdy grzybiarz.
- Nie przesadzasz, Ruffin? – zapytał Bolbao.
- Chodzę czasami po lesie, to wiem. Margaret Hitchins jest tam prawie codziennie w sezonie grzybowym. Przyjeżdża zawsze okrężną drogą od wschodu, bo pożarową miałaby pod górę. Wraca pożarową, bo ma z górki. Wraca pierwsza, bo zaczyna jako pierwsza.
- Tu poprawka! – wykrzyczał niemal James – Pani Hitchins zeznała, że po przybyciu do lasu, zastała tam doktora Kowalskiego. Potem dołączył do niej mąż. Kowalski się nie wypiera. Mówił, że wstał specjalnie wcześnie, żeby w końcu coś uzbierać. Jako jedyny zeznał, że przybył drogą pożarową. Oczywiście nie natknął się na żadną stalową linkę.
- On zawsze wydawał mi się podejrzany… no i zna się na anatomii – powiedział Ruffin.
- Wykluczyłbym doktora – odparł kapitan. – Nie ma motywu. Kto jeszcze należy do tej ‘elitarnej grupy grzybiarzy’?
Ebenezer poprawił się w krzesełku, jakby został wywołany do odpowiedzi przed komisją wojskową.
- Anna Smith.
- Czy to nie najstarsza żyjąca osoba w całym Casseroles?
Ruffin kiwnął głową.
- Może chciała wyeliminować konkurentkę.
- Konkurentkę w czym?
- W wieku. Ona zawsze wydawała mi się podejrzana…
Kapitan zignorował wypowiedź grabarza.
- Nie tylko brak motywu, ale i niemal brak sposobności. Zostaje więc rodzina. Pani Hitchins wspominała coś o…
- Właśnie, właśnie, pani Hitchins – wtrącił znowu grabarz. – Dlaczego wykluczyliśmy ją z podejrzeń? Bo co, bo przestawiłem znak?
Kapitan pogładził się po brodzie.
- Fakt, mówiąc o zamiarze udania się przez jej męża do Waterscotch City, mogła skłamać. Wówczas to on byłby celem.
Grabarz nabierał coraz większego wigoru.
- Czy po śmierci męża jej czasem coś nie skapnie?
Bolbao wyjął z szuflady teczkę dokumentów.
- Sprawdziłem to. Przysługiwałyby jej dość spore pieniądze z ubezpieczenia, gdyby małżonek zginął w wyniku wypadku. Było to morderstwo, więc dostanie połowę. Nie jest tego mnóstwo, ale i tak całkiem pokaźna sumka. Pytanie brzmi, co starsza kobieta miałaby zrobić z tymi pieniędzmi? Ona nie wiodła rozrzutnego życia, przeciwnie: proste, wręcz wieśniacze.
Mogłaby wykupić armię grzybiarzy – przeszło przez głowę Ruffinowi, ale powstrzymał się od zwerbalizowania tej myśli.
Porucznik podniósł nieznacznie rękę.
- Tak?
- Chciałbym pomówić z kapitanem na osobności.
Grabarz pociągnął za rękaw chłopca, i razem wyszli z biura, zostawiając policjantów samych.
- O co chodzi, poruczniku?
- Nie podoba mi się sposób, w jaki kapitan prowadzi tę sprawę.
Bolbao był zaskoczony. Po raz pierwszy w życiu jego współpracownik w tak bezpośredni sposób skrytykował jego działania.
- Co masz na myśli?
- Dlaczego powołujesz się na słowa dwóch podejrzanych?
- Mówisz o Ruffinie i Jeremym?
- Tak. Wiem, że grabarz to twój przyjaciel, ale bez przesady. W pracy odsuwamy prywatność na bok. Zarówno on, jak i ten młody, byli na miejscu zbrodni. Mogą być wspólnikami. Może celowo przestawili znak.
Kapitan wyciągnął rękę.
- Ich też mam podejrzewać? Również byli wtedy w lesie.
Jego palec wskazywał stojącą na biurku fotografię rodzinną.
- Z całym szacunkiem, ale twoja żona była cały czas z dziećmi, co mogą one potwierdzić. Wykluczenie jej z kręgu podejrzanych jest uzasadnione.
- Jaki cel mieliby grabarz Ruffin i jego pracownik Jeremy w mordowaniu pana, lub pani Hitchins?
- Może… nie mają popytu?
Kapitan zgromił porucznika spojrzeniem.
- Spośród wszystkich głupich rzeczy, jakie powiedziałeś…

***

- Wiem już o śmierci taty.
Były to pierwsze słowa, jakie Kevin Hitchins wypowiedział po otwarciu drzwi swojego domu. Wyglądał na młodego, dobrze zbudowanego, energicznego mężczyznę, z czym kontrastowały jednak podkowy pod oczami.
W następnym odruchu zmieszał się nieco.
- Proszę mi wybaczyć tę oschłość, to po prostu… duży cios dla nas wszystkich. Nie potrafię zrozumieć… nie rozumiem…
Bolbao pokiwał głową z szacunkiem.
- Moje kondolencje. Po to tutaj jestem, aby pomóc w zrozumieniu, co tak naprawdę się wydarzyło. Utknęliśmy w martwym punkcie, i jesteście państwo naszą jedyną nadzieją na rozwikłanie tej okropnej sprawy.
Na słowa ‘jesteście państwo’ syn denata zdecydowanie drgnął.
- Proszę nie mieszać w to Patricii. Jest tym chyba nawet bardziej przejęta niż ja. Najlepiej, jeśli zostawiłby ją pan w spokoju. Usilnie o to proszę.
- Doskonale rozumiem, i prawdopodobnie na pana miejscu mówiłbym to samo, jednakże… jestem policjantem, i muszę wykonywać swoją pracę. Jako ochroniarz, z pewnością wie pan, o czym mówię.
Był to jeden z trików, jakie stosował Bolbao. Wystarczyła jedna informacja z życia osoby, którą przesłuchiwał, rzucona jak gdyby przypadkowo, żeby wzbudzić zaufanie rozmówcy.
- Proszę jej nie zadręczać pytaniami – powiedział stanowczo Kevin, gestem zapraszając kapitana do środka.
Wewnątrz domu było bardzo ciepło. Gospodarz pokierował kapitana, ku jemu zaskoczeniu, do sypialni. Delikatnie otworzył drzwi.
- Kochana, przyszedł pan z policji.
Patricia Hitchins leżała na łóżku przykryta grubym kocem. Po łóżku walały się zużyte chusteczki higieniczne. Kobieta wyglądała na odwodnioną wskutek nieprzerwanego płaczu.
- Nazywam się Henry Bolbao, jestem kapitanem policji w Casseroles. Moje najszczersze kondolencje z powodu śmierci teścia. Jestem tu, by zadać kilka pytań. Mogą być one dość niezręczne, i brzmieć na rozdrapywanie rodzinnych problemów, ale… stanowią niezbędny element śledztwa w sprawie śmierci pana Hitchinsa. Przede wszystkim… proszę powiedzieć, gdzie państwo przebywali dzisiaj od świtu do południa.
Kevin wystąpił, nim jego żona mogła otworzyć usta.
- Wróciłem z nocnej zmiany o ósmej nad ranem. Przyrządziłem śniadanie. Potem spędziliśmy cały ten czas razem.
Kapitan zaczynał rozumieć, skąd podkowy pod oczami u tego młodego mężczyzny.
- A pani?
Patricia zerknęła na męża, zupełnie zaskoczona tym pytaniem.
- Moja żona przebywała cały ten czas w łóżku – wyręczył żonę Kevin.
- Rozumiem. Czy spodziewaliście się państwo dzisiaj pana Stephena?
- Nie, ale tata często nas odwiedzał. Utrzymujemy… to znaczy, utrzymywaliśmy bardzo dobry kontakt z moim ojcem.
Kapitan poczuł, że prowadzi tę rozmowę w dobrym kierunku.
- Czy to samo może pan powiedzieć o kontakcie z matką?
Nastała niezręczna cisza.
- Przepraszam, ale co to ma do rzeczy? – zapytał po chwili Kevin.
- Jest bardzo duże prawdopodobieństwo, graniczące niemal z pewnością, że ofiarą morderstwa nie miał być Stephen Hitchins, ale Margaret Hitchins. Z pewnego źródła wiem, że pomiędzy pańską matką, a małżonką istnieje jakiegoś rodzaju antagonizm. To może być ważne.
Patricia Hitchins odezwała się po raz pierwszy od przyjścia kapitana. Miała ochrypły głos.
- Jego matka uważa mnie za ciężar.
Bolbao zrobił minę pod tytułem ‘domagam się wyjaśnień’. Kevin bezzwłocznie odpowiedział na ten wyraz twarzy.
- Stan zdrowia mojej małżonki wymaga ciągłej opieki, pielęgnacji, i drogich lekarstw. Mój tata pomagał nam, także pieniężnie. Mama… wolałaby, żebym ożenił się z kobietą…
- Mniej wymagającą – dokończyła za męża Patricia. – Zdrową, normalną...
- Nie to miałem na myśli.
- Wiem, kochany. Po prostu moja teściowa za mną nie przepada. Nie mam jej tego za złe. Twój tata i tak dla nas wiele zrobił.
Kapitan pogładził swoją brodę w zamyśleniu.
- Czy planował zrobić coś więcej? – zapytał.
- Chciał sprzedać dom, i wprowadzić się z matką do nas, by opiekować się Patricią – mówił Kevin, a w jego głosie czuć było wielki szacunek dla swojego ojca. – Za pozyskane w ten sposób pieniądze zakupilibyśmy specjalne narzędzie medyczne, że tak to ujmę skrótowo.
- Co go powstrzymywało?
- Ich dom prawnie należy również do matki. Musiałaby wyrazić zgodę. Nie chciała jednak tego.
Kapitan wbił wzrok w Patricię Hitchins.
- Zatem czerpałaby pani korzyść ze śmierci swojej teściowej – zauważył, i mówił dalej, nie przestając patrzeć na leżącą na łóżku kobietę. – Panie Hitchins, przed przybyciem tutaj sprawdziłem pańskie alibi. Do siódmej przebywał pan w miejscu pracy. Powrót do domu zajmuje panu godzinę. Wrócił pan do domu, a świadkiem jest pańska sąsiadka, która widziała przyjeżdżający samochód. Powiedział pan, że żona przebywała z panem w domu, co potwierdza owa sąsiadka, bowiem w czasie zajmowania się swoim ogrodem nie widziała, by od pańskiego powrotu ktoś wychodził. Aczkolwiek sąsiadka ta, podobnie jak pan, nie jest w stanie powiedzieć tego o pańskiej żonie przed godziną ósmą.
Kevin westchnął ciężko. Podszedł powolnym krokiem do łóżka, i szybkim ruchem zdjął koc z leżącej małżonki.
Kapitan stał oniemiały. Kobieta nie miała nóg.

- Przepraszam, że tak to wyszło…
- Nie trzeba. Powinienem był powiedzieć już na początku – Kevin odprowadzał kapitana do wyjścia.
- Czy pani Patricia była… w tym stanie jeszcze przed ślubem?
- Tak.
- Podziwiam pańskie oddanie.
- Niepotrzebnie. Moja matka… uważa to za dziwactwo z mojej strony, za poświęcenie. Ja po prostu kocham Patricię, nie inaczej, jak pan kocha swoją żonę, panie Bolbao.
Kapitan spojrzał na Kevina z dużym szacunkiem.
- Policja nie będzie już państwa kłopotać.

***

Ebenezer Ruffin czuł się dobrze w prosektorium.
- Nie ma jak wśród swoich – zażartował szeptem w kierunku młodego Jeremy’ego.
Patolog grzebał coś przy leżącym na sterylnie czystym stole ciele Stephena Hitchinsa. Nawet tutaj głowa nieboszczyka spoczywała osobno.
- Takiego jeszcze nie chowałem – powiedział Ebenezer na głos.
Do pomieszczenia wszedł Bolbao. Panowie stali przez chwilę w milczeniu, przyglądając się badaniom przeprowadzanym przez patologa.
- Nie znalazłem nic szczególnego – orzekł ten ostatni.
- Czyli nadal nic nie wiemy – powiedział grabarz.
- Ja już wiem wystarczająco dużo – stwierdził kapitan.
- Hę? Jak to? Rozwikłałeś sprawę?
- Nie była trudna. Wystarczyło wyeliminować wszystkich podejrzanych, aż został jeden, który miał motyw i sposobność.
- No i? Kto ci został?
Bolbao kiwnął głową w stronę nieboszczyka.
- Hitchins? – krzyknął Ruffin – Czyli to było samobójstwo?
- Niezupełnie. Stephen Hitchins chciał zamordować swoją żonę, aby móc zadecydować o sprzedaży wspólnego majątku, za co chciał sfinansować zakup bionicznych protez dla swojej synowej…
Na czole Jeremy’ego ponownie pojawił się pot.
- Wiedział, że jego żona jako pierwsza wróci z grzybobrania swoją ulubioną drogą, to znaczy pożarową. Dołączył do niej, przybywając do lasu właśnie tą stromą drogą pod górę, umieszczając po drodze stalową linkę. Planował w czasie śmierci swojej żony być już w Waterscotch City u syna Kevina. Nie znał lasu, ale zapamiętał, jak ma odróżnić drogę prowadzącą do Waterscotch od drogi prowadzącej do śmierci.
- Znak z napisem ‘DROGA POŻAROWA’.
- Dokładnie. Jako że przestawiliście go, pomylił ścieżki, i wpadł we własną pułapkę.
Ebenezer uśmiechnął się.
- Czyli uratowałem życie Margaret Hitchins!
- Nieświadomie – zaznaczył kapitan Bolbao.
Ruffin uniósł głowę z dumą, i popatrzył z uśmiechem na Jeremy’ego.
- No? I jaka z tego płynie nauka, chłopcze?
Jeremy podrapał się po głowie. Wyjął z tylnej kieszeni mały notesik i ołówek.
- Powiedz, mistrzu.
- Zaprowadzanie porządku w lesie ratuje życie. O!
- Porządek ratuje życie… – powtórzył młodzieniec, kreśląc w notesiku.

Data dodania2022-04-20 18:57
KategoriaRóżne
AutorSprytus

O autorze Wszystkie opowiadania

Komentarze

(Komentarze mogą dodawać jedynie zalogowani użytkownicy)

Brak komentarzy
Portal z poezją Pisze wiersze