Serwis www.piszewiersze.pl używa plików Cookies w celu ułatwienia korzystania z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest w po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji znajduje się w Regulaminie. Zamknij

Rejestracja konta

Login
E-mail
Hasło
Powtóz hasło

Ostatnio dodane wiersze

DOM OJCA2022-10-01 23:55
woń smierci2022-10-01 22:35
KORZEŃ, SZAL i ...2022-10-01 22:17
Bieg przez duszę 2022-10-01 22:13
Latarnia 2022-10-01 21:17
Maślaki (cz.1)2022-10-01 19:20
Zdrajca (cz.1)2022-10-01 19:12
Ciężki temat (c...2022-10-01 19:06
w smogu2022-10-01 18:47
Tam gdzie ryby ...2022-10-01 18:01
To właśnie ja2022-10-01 15:41
Wyzwól mnie, Jezu2022-10-01 12:09
SŁOWO jak CHLEB2022-10-01 11:55
***2022-10-01 10:16
Rozterki2022-10-01 06:02

więcej

Ostatnio dodane opowiadania

Psu na budę !2022-10-01 10:25
Jednoznacznie, niejedn...2022-09-30 16:54
***2022-09-27 20:08
Szara morda z przekrwi...2022-09-24 15:36
Halo, halo tu piszę */*2022-09-18 21:12

więcej

Najlepsze w tym miesiącu

Wyzwól mnie, Jezu2022-10-01 12:09:2140
To właśnie ja2022-10-01 15:41:2240
Tam gdzie ryby ...2022-10-01 18:01:4430
Niby nic2022-10-01 05:43:3330
***2022-10-01 10:16:0830
Rozterki2022-10-01 06:02:0930
SŁOWO jak CHLEB2022-10-01 11:55:0320
Bieg przez duszę 2022-10-01 22:13:2120
woń smierci2022-10-01 22:35:3110
KORZEŃ, SZAL i ...2022-10-01 22:17:4410

więcej

Zemsta jest ślepa (albo: Kapitan Bolbao i zagadka człowieka który wyszedł z więzienia)

| Ze względu na tematykę opowiadanie raczej wyłącznie dla dorosłych |

Gdy truciźnie skończy się data ważności, to jest bardziej czy mniej trująca? – zastanawiał się mały John, leżąc ukryty w wysokiej trawie.
Czekał już wystarczająco długo, aby z przykrością stwierdzić, że koledzy zostawili go, i znudzeni zabawą w chowanego, wrócili do swoich domów. W końcu wstał, otrzepał spodnie z cząstek przygniecionej przed chwilą roślinności, i rozejrzał się dokoła.
Pewnie nie mogli mnie znaleźć – pocieszył się myślą chłopiec.
Nagle przyszło mu do głowy, że zrobili mu psikusa, i sami się poukrywali. Jako że
pobliskie ruiny chatki, należącej dawniej do leśniczego, nadawały się do takowego celu, malec skierował się w tę stronę.
W tym, co pozostało z budynku, brakowało ponad połowy dachu. Wnętrze śmierdziało starocią. Uwagę małego Johna przykuła dziura w suficie, to jest w podłodze piętra, przez którą można było ujrzeć resztki dachu od wewnątrz.
John zmrużył oczy, i ponownie je otworzył. Wzrok go nie mylił. Widok sylwetki wiszącego na sznurze człowieka zrobił na nim ogromne wrażenie.

***

- Jaki fajny wynalazek, ta drzemka. Można nastawić sobie budzik na ósmą, a wstać o dziewiątej – powiedziała Edna Bolbao, nalewając sąsiadce herbaty.
- Też się ostatnio rozleniwiłam. Czuję się taka… bardziej do tyłu. Jakby wszystko mnie wyprzedzało – mówiła zamyślona Gertrude. – Zwłaszcza dzieci. W ogóle nie nadążam za ich myśleniem.
Edna pokiwała głową.
- Mnie ostatnio przyszło nawet do głowy, żeby skontaktować się z jakimś dziecięcym psychologiem.
- W sprawie Johna? – zapytała sąsiadka.
- Owszem. Cały czas mówi tylko o śmierci, trupach i morderstwach. Nauczycielka angielskiego powiedziała, że wszyscy bohaterowie jego wypracowań na końcu umierają.
- Myślę, że mimo wszystko przesadzasz.
- To samo mówi mój mąż. Zabroniłam Henry’emu wspominać o jego pracy w obecności dzieci, ale John codziennie wypytuje czy ojciec kogoś nie zastrzelił. Mówię ci, to niepokojące.
- Chłopcy już tacy są. To normalne. Powinnaś się cieszyć, że widzi w swoim ojcu autorytet.
Edna spojrzała na zegar. Była czternasta.
- Swoją drogą, John powinien już wrócić. Pewnie bawi się z kolegami po szkole. Biegają po łąkach i wertepach, dobre i to. Przynajmniej odciągnie go to od głupich myśli.
Gertrude wychylała właśnie przezroczystą szklankę z herbatą, gdy przez dno naczynia ujrzała w oknie biegnącego chłopca.
- O wilku mowa – powiedziała.
Czerwony tornister co chwila wyłaniał się zza głowy podekscytowanego dziecka. Edna uchyliła okno.
- Wisielec! Wisielec! Wisielec! – krzyczał mały John na wszystkie strony.
Gertrude spojrzała na sąsiadkę ze współczuciem.
- Wiesz co, może ten psycholog to nie jest taki zły pomysł…

***

Henry Bolbao wrócił do domu, zostawiwszy za drzwiami swoje życie zawodowe. Już lata temu postanowił, że w miejscu tym będzie przede wszystkim mężem i ojcem, a dopiero potem kapitanem policji. Atoli postanowienie to był zmuszony powtarzać sobie co jakiś czas, gdyż notorycznie występowały tak zwane okoliczności. Gdyby nie te okoliczności, miałby z pewnością znacznie więcej spokoju.
- Cześć, tato! – wykrzyczał jego mały syn na powitanie.
- Hej, John.
Kapitan wiedział, jakie pytanie go teraz czeka.
- Jak tam? Zastrzeliłeś kogoś?
- Nie, synku. Cały czas papierkowa robota.
- A wiesz, kogo ja dzisiaj widziałem?
- Nie mam pojęcia.
- Przestań, bo dostaniesz kolejny szlaban! – zawołała Edna z kuchni.
Kapitan westchnął.
- Co tym razem przeskrobał?
Edna nakładała ziemniaki na talerz.
- Cały czas mówi o śmierci. Mówię ci, Henry, trzeba skontaktować się z psychologiem.
John usiadł do stołu.
- Ale ja naprawdę…
- Przestań!
Kapitan postanowił zmienić temat, by rozluźnić domową atmosferę.
- Jak tam w szkole?
- Jak zwykle. Ale po lekcjach bawiliśmy się w chowanego, i ukryłem się tak dobrze, że nikt mnie nie znalazł – pochwalił się John. – Koledzy poddali się, a ja widziałem…
John zerknął na mamę.
- Nie mogę powiedzieć, bo dostanę kolejny szlaban. Tak czy siak, pobiegłem potem powiedzieć kolegom o tym, co widziałem, ale oni mi nie uwierzyli. Wróciłem do domu, i mama też mi nie wierzy. Myślałem, że chociaż ty, tato…
Chłopiec wyglądał, jakby miał się za chwilę rozpłakać. Henry pogładził swoją bujną brodę. To zachowanie nie było typowe dla jego potomka.
- Co widziałeś?
- Wisielca!
- John!– oburzyła się Edna.
- Może mówić prawdę – oznajmił kapitan. – Nie powinniśmy go karać, dopóki tego nie sprawdzę.
Chłopczyk poczuł się lepiej.
- Gdzie go widziałeś?
- W domku leśniczego.
Kapitan wstał od stołu.
- Jeżeli nie będzie tam żadnego wisielca, potroję twój szlaban. Żartowanie z wisielców, policji i ojca jest w tym domu surowo karane.

***

- To Jason Broomfield – orzekł porucznik Simon James, dokonując oględzin ciała. – Dzisiaj opuścił zakład karny po dziesięciu latach. Siedział za gwałt na nieletniej.
- Dość dziwny dzień na popełnienie samobójstwa – zauważył Bolbao.
- Więźniom zabiera się nawet sznurówki. Poza tym… życie w więzieniu ma taką przewagę nad życiem w mieście, że w więzieniu czeka cię śmierć, w mieście śmierć i podatki. O której godzinie twój syn go widział?
Kapitan spojrzał na zegarek. Był kwadrans po piętnastej.
- Edna wspomniała, że John wrócił do domu o czternastej. Zanim stąd przybiegł, pochwalił się kolegom znaleziskiem, więc możemy ustalić w przybliżeniu trzynastą czterdzieści.
Barczysty sierżant Arnold Sailor wyszedł właśnie z samochodu z teczką dokumentów w ręku. Zarówno teczka, jak i samochód, wyglądały przy nim miniaturowo.
- Ostatnią osobą widzącą Broomfielda żywego jest strażnik więzienny – wyjaśnił rzeczowo swym niskim głosem. – Broomfield opuścił zakład o trzynastej dziesięć.
- Pół godziny później już nie żył – wyliczył kapitan.
James zrobił miejsce dla patologa.
- To morderstwo. Na jego szyi znajdują się ślady po czymś dużo cieńszym niż sznur.
- Garota? – rzucił Arnold.
- Coś w ten deseń.
Henry utkwił wzrok w podłodze.
- Kto mógł wiedzieć o wyjściu Broomfielda? – wysłał pytanie w eter.
- Nie czytałeś gazet? ‘Pedofil wychodzi na wolność!’ i tak dalej. Nawet moja żona powiedziała córce, jak szła do szkoły: nie rozmawiaj z obcymi. Nigdy wcześniej tego nie robiła. Siła mediów.
- Wątpię, aby ktoś zamordował go ze strachu. Prędzej z zemsty. Trzeba sprawdzić ofiarę gwałtu.
Na te słowa Arnold poszperał ponownie w teczce.
- Jessica Amand, obecnie ma dwadzieścia dwa lata. Wyjechała już dawno z Casseroles. Mieszka gdzieś daleko na południu kraju.
- Jej rodzice? – dopytywał się porucznik.
- Matka nie żyje. Ojciec prowadzi sklep z ubraniami w Waterscotch City.
- Zajrzymy do niego. Miał motyw.
Kapitan nie przestawał patrzeć w podłogę. Przykucnął, i podniósł niewielki przedmiot.
- Co to? – zainteresował się James.
- Wygląda na przypinkę.
Na emblemacie widniała waga, której prawe skrzydło było znacznie przechylone.
- Czy to nie ten symbol, który nosi profesor Cabbage? Ten od kary śmierci dla gwałcicieli dzieci?
Kapitan wstał.
- Wygląda na to, że mamy już dwóch podejrzanych.

***

Garry Cabbage był pewnym siebie nauczycielem historii, i stanowił przykład człowieka, którego przeciwności i tragedie osobiste nie łamią, lecz dodają sił. Z kłód rzucanych mu pod nogi potrafił zbudować palisadę, i choć wiele osób nie pałało do niego sympatią, nie zrażał się tym, i trwał niestrudzenie w swoich przekonaniach.
Te były kontrowersyjne. Po tym jak jego nastoletnia córka została brutalnie skrzywdzona i zamordowana przez recydywistę, Cabbage podjął działalność społeczno-polityczną na rzecz znacznego zaostrzenia prawa karnego. Postulował karę śmierci za gwałt na nieletnich. Jego opiniami interesowały się media, stał się więc w ciągu ostatnich lat rozpoznawalną personą. Charakteryzująca go nieustępliwość zjednała mu zwolenników, ale jednocześnie odsunęła od niego żonę, z którą żył teraz w separacji.
Ze względu na krytykę, jakiej profesor nie szczędził policji, kapitan czuł się w jego domu jak na terytorium wroga.
- To miło, że przyszedł pan do mnie z tak dobrą wiadomością.
- Morderstwo to dla pana dobra wiadomość?
- Dla was to morderstwo, dla mnie wymierzenie sprawiedliwości. Ktoś po prostu odwalił za was robotę. Ktokolwiek to był, winniśmy mu wdzięczność.
- Samosądy to droga do anarchii – podsumował Bolbao. – Jeżeli wprowadzimy karę śmierci dla gwałcicieli, nawet jeśli zmaleje liczba gwałtów, to zwiększy się liczba morderstw po gwałtach. Gwałciciele świadomi, że w razie schwytania czeka ich śmierć, będą mieć mniejsze opory przed pozbywaniem się ofiar i jednocześnie świadków.
- Wymiar sprawiedliwości to kpina, gdy prawo jest na lewo. Broomfield powinien zostać powieszony w więzieniu, wypuszczenie go to pomyłka – nauczyciel nie dawał za wygraną. – Pozbywając się go, ktoś uratował dziecko, może nawet pańskie.
Policjant jednak również się nie poddawał.
- Człowiek ten odbył swoją karę, a eksperci od resocjalizacji stwierdzili, że nie stanowił już zagrożenia. Poprawił się, nawrócił. Dlatego państwo dało mu drugą szansę.
Cabbage sięgnął po whisky. Kapitan pokręcił głową.
- Jestem na służbie.
Profesor nalał sobie alkoholu do szklanki.
- Druga szansa… wie pan, panie Bolbao, słyszałem już te słowa. Dokładnie czternaście lat temu. Jednemu gwałcicielowi dano drugą szansę. Po paru miesiącach nie tylko skrzywdził, ale zamordował kolejną ofiarę. Moją córkę.
Bolbao milczał przez chwilę.
- Panie Cabbage, proszę mnie źle nie zrozumieć, ale przyszedłem tu w sprawie zamordowania Jasona Broomfielda. Nie ukrywam, że jest pan moim głównym podejrzanym.
Cabbage parsknął śmiechem.
- Proszę spróbować przejść się od domu do domu, i dowiedzieć się, co ludzie myślą. Proszę popytać większość matek i ojców, co pomyśleli, gdy doszły ich słuchy o wyjściu na wolność tego… człowieka. Nie jestem odosobniony w moim myśleniu, proszę mi wierzyć.
Kapitan wyjął z kieszeni przypinkę, i rzucił ją na stół.
- Znalazłem to w miejscu ofiary.
Cabbage spoważniał. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział co.
- Czy potrafi pan wytłumaczyć ten fakt inaczej, niż pańską obecnością w ruinach domku leśnika, gdzie znaleziono ofiarę morderstwa?
Cabbage wypił duszkiem całą zawartość szklanki.
- Nie potrafię.
- Czy więc przyznaje się pan do przebywania we wspomnianym miejscu?
- Nigdy tam nie byłem – oznajmił profesor, i nalał sobie więcej whisky. – Nie mam pojęcia, jak moja przypinka się tam znalazła. Jedyna możliwość, jaka przychodzi mi do głowy, to taka, że ktoś próbuje mnie w to wszystko wrobić.
- Na przykład kto? – zapytał Henry, nie odrywając wzroku od swojego rozmówcy.
- Na przykład pan – wypalił gospodarz, rzucając kapitanowi wyzywające spojrzenie.
Bolbao westchnął. Ostatnio wzdychał coraz częściej, i za każdym razem, gdy to robił, przypominał sobie o istnieniu procesu starzenia.
- Po co miałbym to robić?
- A skąd mam to wiedzieć. To pan się do mnie przyczepił, i oskarża niewinnego człowieka o morderstwo. Wstydziłby się pan.
Kapitan uderzył pięścią w stół, aż Garry Cabbage niemal upuścił szklankę.
- Próbowałem delikatnie, ale nie wyszło. Rozmawia pan z kapitanem policji, i jest pan głównym podejrzanym w sprawie morderstwa. Pytam więc, w jaki sposób ktoś mógłby niepostrzeżenie zabrać panu przypinkę.
- Na pewno jeszcze wczoraj ją miałem. Tyle wiem. Mogłem ją zgubić, ktoś mógł ją ukraść. Natomiast sugerowanie, że mógłbym zamordować tego człowieka jest absurdalne. Niby kiedy miałbym to zrobić?
- Broomfield opuścił więzienie o trzynastej dziesięć, a znaleziony został około trzynastej czterdzieści – Bolbao strzelał faktami jak z automatu. – Miał pan pół godziny.
Cabbage uśmiechnął się. Nalał sobie znowu whisky.
- Od dwunastej do trzynastej czterdzieści pięć prowadziłem zajęcia z historii dla drugiej klasy licealnej.
Kapitan nie miał na to odpowiedzi. Profesor ponownie wskazał na butelkę.
- Może się pan jednak napije?

***

Sierżant Arnold siedział przy biurku i łupał włoskie orzechy za pomocą dwóch palców. Kapitan z kolei chodził tam i z powrotem, gładząc brodę i prowadząc głębokie rozmyślania.
Do biura wszedł porucznik James.
- Ojciec Jessicy Amand od ponad czterech dni przebywa w Ziemi Świętej. Jest na wycieczce – oznajmił.
Bolbao nie przestawał chodzić po biurze rozmyślając, a Arnold nie przestawał łupać orzechów.
- Jesteśmy w kropce, panowie – przyznał kapitan. – Profesor ma mocne alibi, które może potwierdzić dwudziestu dwóch uczniów.
- Może… – niepewnie zaczął sierżant. – …są z nim w zmowie.
- Licealiści?
- Przekupił ich lepszymi ocenami.
Porucznik stanął przy oknie, i dołączył się do wspólnych rozmyślań policjantów.
- Ewentualnie… twój syn wymyślił sobie tę historię, a godzinę potem naprawdę Cabbage powiesił Broomfielda. Istnieje takie prawdopodobieństwo, wiem, że jest niskie…
- Poruczniku, mój syn nie posiada zdolności profetycznych. Zastanawiająca jest jednak inna sprawa. Broomfield nie miał tu rodziny, nikt nie czekał na niego z samochodem pod zakładem. Do mieszkania miał kawał drogi, szedł na nogach, a jeśli miał jakieś drobne, udał się na przystanek autobusowy. Tam prawdopodobnie został zaatakowany, bądź morderca zaoferował mu podwózkę. Udusił go, a potem powiesił. Po co? Nie myślał chyba, że nie zauważymy śladów na szyi po garocie.
- Kapitanie, pomyśl tylko… twój syn wymyśla historyjkę o wisielcu. Biega i krzyczy, że widział wisielca. Profesor to słyszy i myśli sobie: idealna okazja. Powieszę gościa, będą myśleli, że wisiał wcześniej, bo dziecko coś krzyczało.
- Po pierwsze, mój syn wybrałby sobie wówczas dziwny dzień na krzyczenie o wisielcu, gdy akurat Jason Broomfield opuścił więzienie. Po drugie, mój syn wskazał dom leśniczego. Wisielec był w domu leśniczego. Opisał wisielca jako noszącego niebieski płaszcz. Broomfield miał na sobie niebieski płaszcz. Tu nie może być mowy o przypadku.
Arnoldowi skończyły się orzechy, ale nie pomysły.
- Może profesor miał wspólnika?
- Wątpliwe, to nie ten typ. No i jeszcze ta przypinka… – wyraził się Bolbao.
Porucznik odszedł od okna.
- Nie ma co się nad tym zastanawiać, profesor nie może być mordercą, chyba że ma zdolność bilokacji, i potrafi przebywać w dwóch miejscach jednocześnie. Mam inną sugestię, i wiem, że zabrzmi ona szalenie. Czy mogę?
- Wal – powiedział Arnold, wyręczając w ten sposób kapitana.
- Mały John często mówi o śmierci. W ogóle wydawał się podekscytowany całą to sprawą. To on znalazł zwłoki. Może więc… jest dziecięcym mordercą? My tu się zastanawiamy nad profesorem, a dzieciak może w tym momencie szukać kolejnej ofiary. Jeśli chłopiec jest niebezpieczny, to trzeba się nim zająć.
Kapitan zatrzymał się.
- Pójdź za nim, obserwuj, zakradnij się koło niego, weź ze sobą jakąś drewnianą pałkę…
- I co?
- …i walnij się w łeb.

***

- Jak leci, kapitanie Bolbao?
- Jak moja kula: prosto do celu.
Henry dawno nie był w szkole, bo na wywiadówki chodziła wyłącznie jego żona. Znał się dobrze z nauczycielką wuefu, która była przyjaciółką Edny. Poprosił ją o przyprowadzenie najbardziej godnego zaufania ucznia bądź uczennicy z drugiej klasy liceum. Panna z piegami na twarzy i w okularach na nosie robiła wrażenie bycia pilnej studentki, i potwierdzała swym wyglądem pewien stereotyp.
- Chcę cię zapytać o pana Garry’ego Cabbage. Czy podczas wczorajszych zajęć wychodził podczas lekcji, albo na przerwie?
- Nie, cały czas był z nami. Na przerwie wyszedł z klasy, ale był na korytarzu, tak jak uczniowie.
- Czy zachowywał się jakoś… inaczej niż zwykle? Był może podenerwowany?
- Nie wiem, nie zwróciłam uwagi. Chyba się trochę spieszył, bo zapomniał zadać pracy domowej. Poza tym, wyglądał i zachowywał się jak zawsze… z tą samą powagą, surowością… wyprostowany, ze swoją przypinką…
- Miał na sobie przypinkę podczas lekcji?
- Tak, zawsze ją nosi.

***

- To jest anomalium, tego nie wyjaśnisz – Ebenezer Ruffin wykonał ruch laufrem.
Wóz, należący niegdyś do Felixa Kutchera, był teraz dla kapitana miejscem cotygodniowego wypoczynku. Ten zaś stanowiły rozgrywki szachowe ze znajomym grabarzem.
- Jakoś nie mogę przestać o tym myśleć. Nawet konik szachowy wygląda dla mnie jak Cabbage – zwierzył się Henry Bolbao. – Jeżeli belfer nie zamordował Broomfielda, to po co był w miejscu znalezienia jego zwłok? A być musiał, bo znaleźliśmy tam jego przypinkę.
Kapitan na ruch grabarza odpowiedział przesunięciem wieży.
- Widziałem, jak ludzie z rośliny potrafią zrobić proszek, a z niego pieczywo. W życiu już mnie nic nie zdziwi – Ruffin wykonał roszadę.
Kapitan Bolbao zastygł w bezruchu.
- Zamieniłeś wieżę i króla miejscami – powiedział w zamyśleniu.
- No, na tym polega roszada, nie? – zdziwił się grabarz.
Policjant wstał od stolika szachowego.
- Wybacz, dokończymy za tydzień. Muszę jechać porozmawiać ze strażnikiem więziennym.

***

Porucznik siedział ze słuchawką przy uchu i zdumioną miną.
- Nie rozumiem, kapitanie. Co z tego że Broomfield wychodząc z więzienia nie miał na sobie niebieskiego płaszcza?
W słuchawce trzeszczał głos Henry’ego Bolbao:
- W takim został znaleziony. Nie mógł go kupić, bo właściciel najbliższego sklepu z ubraniami chodził sobie po Izraelu.
- Ale jak to wyjaśnia sprawę? I dlaczego dzwonisz ze sklepu z ubraniami?
- Wytłumaczę potem. Jadę zaaresztować profesora.
- Pomóc? – spytał Simon James, ale Bolbao zdążył się już rozłączyć. – Arnold!
- Służę przemocą – sierżant wstał od biurka, jakby przymierzał się do tegoż działania od kilku dekad.
- Jedziemy zgarnąć profesora.
- Ależ poruczniku, nie mamy polecenia od kapitana…
Simon James również wstał, przebijając w tym zamaszystością sierżanta.
- Kiedy szefa nie ma, wtedy to ja tutaj noszę spodnie!

***

Garry Cabbage otworzył drzwi.
- Głód, cierpienie, wyzysk, jeszcze teraz pańska wizyta. Nienawidzę Casseroles – wypalił gorzko.
- Profesorze, wiem, jak to zrobiłeś – rzucił w odpowiedzi kapitan.
- Och. Czyżby? Niech zgadnę, opracowałem przyrząd do teleportacji. Albo nie, zaraz, może się sklonowałem.
- Lokalna prasa zapowiadała wyjście Broomfielda na wolność od dawna, miałeś więc czas na przygotowanie planu. Mam tu paragon ze sklepu Amanda. Zanim poleciał na wycieczkę do Jerozolimy, kupiłeś u niego między innymi niebieski płaszcz oraz, co szczególnie intrygujące, przedmiot niewystawiony przez niego na sprzedaż. Mianowicie manekina. Ubrałeś go, i powiesiłeś w domku leśnika. Wiedziałeś, że dzieci po szkole bawią się w tamtym miejscu. Kiedy prowadziłeś lekcję historii, mój syn zobaczył wiszącą kukłę, myśląc że to człowiek. Z pewnością niebieski płaszcz przykuwa uwagę, oraz zasłania dużą część ciała. Logiczne było, że zanim chłopiec wróci, i ktokolwiek mu uwierzy by przybyć na miejsce, minie trochę czasu. Po zajęciach wyruszyłeś w drogę w poszukiwaniu Broomfielda, który właśnie opuścił więzienie. Nie znał cię, więc mogłeś go oszukać, i zaproponować przejażdżkę. W każdym razie, udusiłeś go, i zawiozłeś do leśnego domku. Tam ubrałeś go w niebieski płaszcz, który zdjąłeś z manekina, i powiesiłeś Broomfielda w miejsce kukły. Prawdopodobnie to wtedy odpadła ci twoja przypinka. Wystarczyło się teraz tylko pozbyć manekina, którego pewnie spaliłeś. Wszystko dlatego, że czternaście lat temu zupełnie inny człowiek zgwałcił i zamordował twoją cór…
Cabbage niespodziewanie zamknął drzwi. Kapitan pociągnął za klamkę, ale tamten zdążył przekręcić klucz. Bolbao cofnął się o dwa kroki, i wykopał drzwi z zawiasów. Ujrzał profesora wyciągającego coś z szuflady, i celującego w kierunku wyjścia, schował się więc za winklem. Pół sekundy później padł strzał. Bolbao wyjął broń z kabury.
- Pogarszasz tylko swoją sytuację, Cabbage!
Kiedy nie usłyszał odpowiedzi, wychylił lekko broń, i oddał kilka strzałów na ślepo. Usłyszał szybkie kroki. Wychylił się cały – profesor wbiegał po schodach na górę. Bolbao ostrożnie wycelował mu w nogę. Trafił. Cabbage biegł jednak dalej, kuśtykając. Kiedy zniknął na górze, kapitan ruszył przytulony plecami do ściany, nie przestając mierzyć nad balustradę.
- Następny może być śmiertelny! – krzyknął.
- Gdyby nie ja, twoja córka mogłaby zostać zgwałcona, pomyślałeś o tym?! – wrzasnął profesor, a w jego głosie wyczuwalna była nuta bólu.
- To szaleństwo – powiedział kapitan, za cicho by morderca go zrozumiał.
Powoli, stopień po stopniu, wchodził na piętro, starając się nie wydawać przy tym dźwięków. Wreszcie stał na poziomie, z którego wychyliwszy się mógł dokonać obserwacji otoczenia. Strzał przerwał mu tę obserwację. Kucnął. Obejrzawszy się za siebie, ujrzał dziurę w ścianie parę centymetrów od miejsca, gdzie wcześniej miał głowę.
- Co pomyślałaby o tym twoja córka? Pomyślałeś o tym? – policjant próbował metody perswazji.
- Byłaby dumna z ojca – odparł tamten.
Wykorzystując sytuację, Bolbao wstał i posłał kilka strzałów, jeden po drugim, przesuwając trzymające broń ręce z lewej do prawej strony. Chciał wystraszyć przeciwnika, by przebiec do lepszego miejsca. Udało mu się. Przewrócił stół.
- Cabbage? Nie masz szans. Jesteś jeden. Żaden inny kryminalista ci nie pomoże. Jeśli nawet zabijesz mnie, zawsze przyjdzie po mnie wielu innych policjantów.
Rozległy się w jego kierunku strzały, i szybkie kroki, które przerwał osobny wystrzał z naprzeciwka i odgłos upadku. Bolbao przesunął się na drugi koniec stołu, i wychylił się. Cabbage leżał na zakrwawionej podłodze. Kapitan podbiegł, i wykopał mu broń z ręki. Za plecami usłyszał znajomy głos porucznika.
- Facet wygląda, jakbyś go za bardzo przesłuchał.
Sierżant Arnold wyjął kajdanki.
- Kapitanie?
Bolbao nie przestawał celować w profesora, mającego oczy schwytanego zwierzęcia.
- Przez czternaście lat swojego życia nie znał litości. Aż do teraz.
Schował pistolet.


Data dodania2022-04-21 13:57
KategoriaRóżne
AutorSprytus

O autorze Wszystkie opowiadania

Komentarze

(Komentarze mogą dodawać jedynie zalogowani użytkownicy)

Brak komentarzy
Portal z poezją Pisze wiersze