Serwis www.piszewiersze.pl używa plików Cookies w celu ułatwienia korzystania z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest w po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji znajduje się w Regulaminie. Zamknij

Rejestracja konta

Login
E-mail
Hasło
Powtóz hasło

Ostatnio dodane wiersze

To nie2022-06-25 21:50
Ach2022-06-25 21:38
Nieba błękitem2022-06-25 21:28
niech nie pieje2022-06-25 15:59
To Serce2022-06-25 05:24
OLa TATY2022-06-24 23:45
WYDOBYWAJĄC z S...2022-06-24 23:10
wakAKCJE2022-06-24 19:25
malowidła przyrody2022-06-24 19:07
Życiowa prawda2022-06-24 14:07
Liberanki 22022-06-24 11:43
Rudowłosa2022-06-24 05:43
Przepraszam Tat...2022-06-23 22:37
NieKONIECznie2022-06-23 21:23
RADOŚĆ w PANU2022-06-23 20:34

więcej

Ostatnio dodane opowiadania

Jak wyjaśnić śmierć dz...2022-06-04 00:11
O szaleństwie ateizmu2022-06-02 23:14
Strzelanina w Noisymou...2022-05-24 02:46
Byliśmy martwi2022-05-23 15:02
Odwiedziny2022-05-07 10:25

więcej

Najlepsze w tym miesiącu

Jak zostać świę...2022-06-10 16:15:1190
Tatusiu nasz ko...2022-06-03 12:47:0380
Wspomnienia z d...2022-06-03 16:09:4670
Autobiograficzn...2022-06-08 13:22:1570
Duch budzi się ...2022-06-02 11:24:2070
Na Chmielnej 2022-06-10 22:43:0170
Podziękowania d...2022-06-22 21:37:0160
Łzy2022-06-08 08:58:2260
Egzamin z biolo...2022-06-03 11:17:3660
Limeryk polityczny2022-06-09 11:19:3660

więcej

Strzelanina w Noisymount (albo: Kapitan Bolbao i historia pewnego porwania)

Henry Bolbao jako wprawiony detektyw dokonywał różnorakich obserwacji nie tylko w pracy kapitana policji, ale również w swoim otoczeniu rodzinnym. Zauważył na przykład zależność, podług jakiej im więcej nieprzyjemna była pogoda za oknami, tym bardziej Edna do niego lgnęła. Ten nadzwyczajny wpływ zjawisk atmosferycznych na pożycie małżeńskie sprawił, iż kapitan, w tle szalejącej na zewnątrz wieczornej ulewy, składał deklaracje bez głębszego zastanowienia.
- Henry, nie będziesz się dzisiaj zajmował przed snem innymi rzeczami?
- Jestem cały do twojej dyspozycji. Możesz mi się zwierzyć ze wszystkich twoich trosk, a ja cię w milczeniu wysłucham.
Nagle z drugiego końca domu rozległo się wołanie.
- Tato, opowiesz nam bajkę na dobranoc?
Kapitan skierował się na korytarz.
- Okłamałeś mnie w sprawie niezajmowania się innymi rzeczami – rzuciła żona.
- Nie okłamałem, po prostu hiperbolizowałem.
- Co hiperbolizowałeś?
- Odpowiedź ‘nie’.
Na odchodne Edna rzuciła mężowi znaczące spojrzenie. Było to jedno z katalogu spojrzeń Edny. Mały detal w mimice twarzy, specyficzny układ mikroskopijnych atomów potrafił całkowicie zmienić znaczenie spojrzenia. Przez wiele lat małżeństwa policjant nabył na szczęście odpowiedniego doświadczenia, i mógł rozpoznać zadany mu przez Ednę kalambur, w czym z pewnością nieocenioną pomoc oferował zawód detektywa. Dzisiejsza układanka znajdowała się tuż pomiędzy ‘ani się waż wejść do środka w butach’, a ‘chyba sobie żartujesz’, nie całkiem daleko od ‘tylko się na mnie nie wściekaj, ale po raz kolejny zgubiłam klucze, ale to wszystko przez stres związany z innymi sprawami, którymi muszę się zajmować, dbając o dzieci i dom’. Ten konkretny wzór Bolbao tłumaczył na swój język jako ‘nie opowiadaj dzieciom brutalnych szczegółów o swojej pracy’, i postanowił się do niego posłusznie zastosować.
Sarah i mały John również do siebie lgnęli, a przynajmniej nie dokuczali sobie nawzajem. Leżeli w swoich łóżkach spragnieni ojcowskiej dobranocki. Henry chrząknął.
- Dawno, dawno temu żyło sobie Szlachetne Koło Rycerskie, składające się z najdzielniejszych rycerzy w królestwie. Pewnemu bogatemu szlachcicowi smok porwał córkę. Powiedział, że wypuści dziewczynę na wolność, jeśli jej ojciec podaruje mu górę złota. Szlachcic postanowił, że zbierze złoto, i uda się do smoka. Jego żona jednak, a matka porwanej, wątpiła w intencje potwora, i nie chcąc by i jej mąż został schwytany, poprosiła o pomoc dzielnych rycerzy. Pospieszyli oni na wielką górę, gdzie zamieszkiwało smoczysko, i byli świadkami, jak bezwzględny potwór odbiera złoto z rąk szlachcica, by uciec z jego córką na inną górę. Obiecał przy tym, że wypuści ją na wolność, jeśli tylko otrzyma kolejną górę złota. Szlachcic tak bardzo chciał odzyskać swoją córkę, że zaczął ponownie gromadzić złoto. Rycerze powiedzieli mu, że smok nie wypuści dziewczyny, dopóki nie zginie. Szlachcic zarzucił dowódcy rycerzy, że ten jest bardziej zainteresowany zabiciem smoka niż uratowaniem dziewczyny. Szlachcic nie chciał bowiem, aby rycerze się wtrącali. Uważał, że przez ich działania smok pożre dziewczę. Wielki rycerz stanął więc przed wielkim wyborem: czy pomóc komuś, kto nie chce pomocy? Czy warto ryzykować śmierć niewinnego dziewczęcia w celu ukarania smoka? Jak wielu ofiar wymaga zaprowadzanie sprawiedliwości? Czy jeśli dziewczyna zostanie pożarta przez atakowanego smoka, to czy rycerze będą za to ponosić winę? Wielki rycerz doszedł do wniosku, iż zaniechanie próby powstrzymania potwora rozzuchwali go oraz inne potwory, i sprawi, że będą czuć się bezkarnie, czyniąc podobne rzeczy. Wieśniacy i mieszczanie kibicowali mu, czując się niebezpiecznie w obliczu tak wielkiego straszydła. Nawoływano do zbrojnej wędrówki na górę, by pokonać potwora. Wyruszył więc w poczuciu obowiązku ze swoimi rycerzami walczyć ze smokiem. Zastawili na niego pułapkę, dzięki czemu nie mógł uciec. Walczyli dzielnie, wbijając swe miecze w potężne cielsko potwora, lecz ten zionął w nich ogniem. Jeden z rycerzy został mocno poparzony. Zranionemu i ociężałemu smokowi udało się wyrwać z pułapki, lecz był zbyt słaby, by móc uciec trzymając w swych szponach porwaną córkę szlachcica. Wzniósł się lekko nad ziemię na swych wielgachnych skrzydłach, lecz nie był w stanie wylecieć. Wielki rycerz ponownie stanął przed wielkim wyborem: jeśli rozkaże swoim rycerzom wstrzymać walkę, smok wypuści ze swych szponów dziewczynę, by ratować się ucieczką. Dziewczyna zostanie wówczas uratowana, lecz smok im ucieknie, i stracona zostanie szansa na zabicie go. Jeśli jednak nie wstrzyma walki, smok zostanie zabity, przy czym istniało ryzyko, że upadłszy na ziemię zgniecie swoim ciałem porwaną niewiastę. Wielki rycerz pomyślał, że lepiej jest uratować dziewczynę i zabić smoka niż tylko uratować dziewczynę, i nie wstrzymał walki. Smok padł ciężko i potwornie głośno na ziemię, przygniatając nogi dziewczyny. Córka szlachcica przeżyła, lecz od tej pory nie mogła chodzić. Nauczyło to wielkiego rycerza, że nie wolno ryzykować czyimś życiem kierując się ambicją.
Dzieci spały.
Mam nadzieję, że dotrwały do morału – pomyślał Bolbao.

***

- Powiedziałem do niej tylko: ‘masz ładną sukienkę, Tymendo’, a ona się na mnie obraziła – zwierzył się lekko podchmielony sierżant.
Barman postawił kufel na blacie trochę za mocno, przez co zwrócił na siebie uwagę wszystkich obecnych klientów.
- Czemu to jeszcze nie jest posprzątane?! No tak… sam pracuję w tym lokalu.
Andrew Goldman był budzącym sympatię dobrze odżywionym barmanem o wesołym podejściu do życia. Biorąc się za mycie naczyń, zwrócił się do sierżanta Sailora.
- Arnoldzie, w mojej knajpie jest kilka prostych reguł. Pierwsza: nie przeklinamy, szczególnie barmana. Druga: nie wdajemy się w bójki, zwłaszcza z barmanem. Trzecia: nie żebrzemy o piwo na kreskę. Czwarta: nie wspominamy imion swoich żon.
- Zwłaszcza żony barmana.
- Myślałem, że jako policjant przykładasz większą uwagę do zasad.
- Zapomniałeś o jeszcze jednej regule – rzucił z uśmiechem grabarz Ebenezer Ruffin, i wskazał palcem tablicę korkową na ogłoszenia. Wszyscy odruchowo spojrzeli w stronę wywieszonej kartki.

Goldman! Czytaj uważnie, bo nie będę pisał dwa razy:
przestań czytać ogłoszenia, i rusz się do roboty!

Adrew poczerwieniał na twarzy.
- Piąta: nie wspominamy o moim szefie.
- Mało tych ogłoszeń – wtrącił ni stąd ni zowąd czarnoskóry młodzieniec, Jeremy Hay. Adept grabarskiego fachu nie należał do osób rozmownych, lecz od czasu do czasu dzielił się jakąś uwagą dotyczącą spraw zupełnie nieistotnych.
- Bo tu się nic nie dzieje. Jak chcesz, napisz coś – barman podsunął młodemu kartkę i długopis. Uczeń grabarza zawahał się. Na ratunek pospieszył mu jego mistrz.
- Pisz: ‘z powodów zarobkowych w czasach największego popytu, to jest epidemii, rezygnujemy z masowych mogił. Ebenezer Ruffin’.
Sierżant zaśmiał się tak, jak śmieją się osoby na rauszu.
- Ano, nic nie dzieje się w Casseroles. Od czasu do czasu ktoś się powiesi, a potem okazuje się, że wcale się nie powiesił. Poza tym stara bieda.
- Może nikt z nas o tym nie wie, a pod nami, to znaczy pod ziemią, są jakieś skarby? – rozmarzył się Jeremy.
Barman pokręcił głową.
- Na zapleczu mam beczkę złota w płynie. Może być?
Sierżant się na te słowa wyraźnie ożywił.
- Owszem. Próbowałem. Mam teraz złote wnętrze, tak jak chciała mamusia. Andrew, wiem że nie pijesz w pracy, więc musimy kiedyś wspólnie się napić poza barem. Uważaj, to że cię lubię, nie znaczy, że cię nie aresztuję za pijaństwo. Wspólnie stworzymy lepsze jutro, a przynajmniej wieczór…
- Piwo. Wódka. Śledzie. Brak chęci do pracy. Ogórki. O nie! Ogórki się kończą! – zawołał Goldman, ignorując zaproszenie policjanta.
Sailor oparł ręce o blat, i wycelował wzrok w barmana.
- Właśnie po to zostałem sierżantem! Żeby łapać takich degeneratów jak ty!
W knajpie zapanowała cisza.
- Hehe, tak powiem następnemu złapanemu degeneratowi.
Grabarz odetchnął z ulgą. Przez chwilę myślał, że zostanie złamana jedna z zasad baru.
- Starczy ci już – zabrał kufel policjantowi spod nosa, i sam zajął się opróżnianiem go z napoju.
- I powiem wam, że może to i lepiej, że się nic nie dzieje. Ja jestem z tego powodu szczęśliwy. Jestem tak szczęśliwy, że zaraz zaświecę w kolorach tęczy. Poważnie mówię, jest fantastycznie.
Ebenezer popatrzył nań spode łba.
- Fantastycznie, powiadasz? To słowo mi coś przypomniało. Mianowicie historię mojego ojca, również grabarza. Otóż zakopywał niegdyś faceta, który sprzedawał w Waterscotch City bilety na pokaz jedynego konia w mieście. Okazało się to jednak oszustwem, gdyż był to jednorożec. Ludzie zaczęli żądać zwrotu pieniędzy, acz facet był nieugięty, a nawet rozkazał swemu pomagierowi odrąbać róg temu stworzeniu. Trzeba ci wiedzieć, że cierpliwość u ludzi z Waterscotch City trwa krótko, i w końcu zlinczowali oszusta tak, że tatko godzinami składał go w trumnie.
- To jest nic. – Wyraził opinię sierżant Arnold Sailor. – Opowiadałem wam, jak rozbiliśmy szajkę z Noisymount?
Ruffin się ożywił. O strzelaninie w Noisymount wiedział każdy z gazet, ale były to jedynie szczątkowe informacje. Stróże prawa z kolei woleli milczeć na ten temat. Nawet kapitan Bolbao na pytania odnośnie tamtych wydarzeń odpowiadał wymijająco. Ruffin czuł, że nadarzyła się wyjątkowa okazja dowiedzieć się czegoś więcej.
- Nie. Mów, bom ciekaw.
Wszyscy wokół pokiwali głowami w oczekiwaniu na sensacyjną historię.

- No więc to było tak. Bankierowi Josephowi Portmanowi zaginęła córka. Wkrótce otrzymał wiadomość od porywaczy z żądaniem wysokiego okupu. Powiedział o tym żonie, i postanowił nie informować o tym policji. Przyjął warunki porywaczy, i miał zamiar spotkać się z nimi w opuszczonym magazynie na obrzeżach Waterscotch. Jego żona jednak bała się, że i męża jej porwą, więc w tajemnicy przed nim zgłosiła sprawę do kapitana. Bolbao nakazał obserwację wskazanego miejsca z odpowiedniej odległości. Zbrodniarze to zbrodniarze, i tuż po otrzymaniu pieniędzy oznajmili Portmanowi, że jego córki nie wypuszczą. Wyobraźcie sobie, że zażądali drugiej takiej sumy. Dodatkowo powiedzieli, że jeśli policja za nimi podąży, dziewczyna zginie. Polecili, że następne spotkanie ma odbyć się w Noisymount przy innym starym magazynie. Widocznie mieli coś na punkcie magazynów.
- Chowałem kiedyś jednego magazyniera… – zaczął Ruffin, ale został uciszony przez resztę słuchaczy.
- I tak samo: ingerencja policji miała oznaczać czapę dla dziewczyny. Kryminaliści byli naprawdę bezczelni, bo nie dotrzymali słowa. Po takich wszystkiego można się było spodziewać. Bankier był wściekły, bo raz że żona bez jego wiedzy zgłosiła sprawę na policję, dwa że córka wciąż była porwana, a trzy że musiał zabulić drugie tyle. Bolbao stwierdził, że Amanda stanowi jedyny powód, dla którego szajka nie została jeszcze złapana. Przestępcy wiedzą, że jak tylko wypuszczą dziewczynę na wolność, policja się za nich weźmie. Tak mówił.
- Słusznie prawił.
- No, i przekazaliśmy Portmanowi znakowane pieniądze. Myślał, że porywacze dotrzymają słowa. Pomylił się, ale teraz już więcej nie był pomylony. Ustaliliśmy, że jak tylko Amanda zostanie wypuszczona, bankier da nam znać, a my rozpoczniemy pościg. Działaliśmy bardzo ostrożnie, myślałem wtedy że aż za bardzo. Pomyślcie sobie, jakaś grupa bandziorów decyduje, jak mamy działać, no co to ma być? Co oni sobie myśleli, że nie możemy im nic zrobić? Bo co, chronił ich immunitet idiotów?
- Swoją drogą, chowałem kiedyś jednego idiotę…
- Na kolejnym spotkaniu porywacze odebrali pieniądze, i wypuścili Amandę. Ku zdziwieniu niektórych zabrali Portmana, by mieć zakładnika. Dziewczyna przekazała nam, że wypuszczą jej ojca, jak tylko poczują się bezpiecznie, tzn. z dala od policji. Ale Bolbao łeb jak sklep, przygotował się na tę okoliczność. Mnie i paru chłopaków wysłał wcześniej w cywilu do patrolowania ulic, by dawać znać, gdzie się udają porywacze. I tak się złożyło, że mojemu sokolemu wzrokowi nie uszedł widok jednego porywacza siedzącego w samochodzie, w którym znajdował się Portman. Obiło mi się o oczy, jak zdjął kominiarkę.
Zapanowała cisza. Młody Jeremy podrapał się po głowie, doskonale naśladując przy tym swojego nauczyciela.
- Po co? – zapytał skonfundowany.
- To nie miało dla mnie znaczenia. Znaczenie miało to, że to zrobił. A skoro to zrobił, oznaczało to, że mu więcej nie zależało na ukrywaniu przed bankierem swojej twarzy. A skoro nie zależało mu na skrywaniu twarzy przed Portmanem, oznaczało to… że Portman miał zginąć. Natychmiast dałem znać o tym kapitanowi, i słusznie wydał rozkaz pościgu za szajką. Ja i Bolbao próbowaliśmy trafić z pistoletów w opony samochodów. W końcu dzięki mojemu sokolemu wzrokowi udało mi się przestrzelić jedną z nich. Auto zaczęło jechać zygzakiem i piszczeć, pozostałe samochody zatrzymały się obok. Wyszli z nich faceci w kominiarkach, i zaczęli nas ostrzeliwać. Samochody przestały być dla nas od tej chwili środkami lokomocji, a zaczęły pełnić funkcję barykad. W końcu sytuacja była taka, że albo my, albo oni, i odpowiedzieliśmy ogniem. Kawałki szkła odbijały się od asfaltu wśród wszechobecnego huku broni…
- Chowałem kiedyś jednego szklarza…
- Cicho! bo dopiszę szóstą zasadę. – Przerwał Ruffinowi barman.
- Wymienialiśmy się kulkami ołowiu przez długi czas, jeden z naszych został ranny. Konkretnie ja. Pocisk wszedł mi w ramię jak w margarynę. Miałem wrażenie, że niedługo odbędę randkę ze śmiercią. Pomyślałem sobie, że przynajmniej śmierć się bardziej zaangażuje w ten związek, i nie okradnie mnie z oszczędności. Tymenda… Ale nie o tym. Pamiętam, jak żartobliwie zapytałem kapitana, jakie mamy szanse w razie mojej śmierci. Odpowiedział pytaniem: w sensie na pochówek? To mnie zmotywowało, żeby jednak nie umierać.
- Jakiś ty wspaniałomyślny.
- Tamci padali jeden po drugim. W końcu kilku zaczęło uciekać, ale złapaliśmy ich. Jednego powaliłem ciosem w plecy.
- Będąc rannym? – zdziwił się grabarz.
- A co ty sobie myślisz, że jestem cienki jak spodenki? W każdej chwili mogę zrobić ci taką śliwę pod okiem, że barman będzie używał twojej twarzy do robienia kompotu!
- Przy okazji może wyprostujesz mi nos!
- Raczej stracisz zmysł powonienia. Nawet w stanie śpiączki potrafię połamać ci tak nogi, że gdyby stoły mogły mówić, to by ćwiczyły język mówiąc ‘Ruffin z poływam poływ poł…. poływaman’, argh!
Ebenezer prawie rozpłakał się ze śmiechu.
- Tak czy inaczej, sprawiedliwość została wymierzona.
- A co z bankierem? – zapytał ciemnoskóry młodzieniec.
- Tak jak przypuszczałem, że go zamordują, tak go zamordowali.
W barze zapanowała minuta ciszy.
- Dobrze że ich dopadliście – skwitował grabarz. – Chowałem kiedyś jednego stolarza…

***

Georgetta Capsis była psychologiem policyjnym. Po raz pierwszy od trzydziestu lat pracowała gdzieś indziej niż w Waterscotch. Zatrudnił ją Henry Bolbao, kapitan policji w Casseroles. Była tym co najmniej zaskoczona, albowiem w całej swej karierze zawodowej spotkała się może z trzema pozytywnie nastawionymi do jej służby policjantami. Jej widok przypominał mundurowym o istnieniu problemów, a mężczyźni z tych stron woleli raczej ukrywać, zapominać lub zapijać problemy aniżeli je analizować.
Porucznik Simon James siedział w fotelu naprzeciw. Georgetta sięgnęła do notatek.
- Na ostatniej sesji opowiedziałeś mi o swoim życiu, Simonie. Wspomniałeś o powodach, dla których chcesz odejść ze służby. Chodziło o sprawę z bankierem…
- Zna pani tę sprawę – rzucił porucznik krótko, nie patrząc kobiecie w oczy.
- Nie z twojej perspektywy. Przeżyłeś ją silniej od innych, dlatego chciałabym, żebyś przedstawił to swoimi słowami. Powiedziałeś, że kiedy policja prowadziła rozmowy z bankierem i planowała akcje, ty zajmowałeś się swoją ciężarną żoną.
James westchnął.
- Moja żona była wówczas w ciąży, więc zajmowałem się głównie nią. Przez to zaniedbałem swoją pracę. Popełniłem poważny błąd, za który zapłacili inni. Jestem winny tej porażki. Nie było mnie od początku tej sprawy, nie widziałem wcześniej tego bankiera. Nie było mnie na spotkaniach z kapitanem, na szybko dołączyłem do akcji bez przygotowania. O większości wiem ze słyszenia. Portman nie chciał zawiadamiać policji, ale zrobiła to jego żona. Nasi obserwowali z daleka miejsce przekazania okupu, zostali jednak zauważeni, przez co porywacze zabrawszy pieniądze, nie wypuścili Amandy na wolność. Za karę za powiadomienie policji zażądali drugiej takiej sumy. Paradoks dziejowy polega tutaj na tym, że bankier nie wiedział nawet nic o policji. Zarzucał kapitanowi, że niepotrzebnie się wtrącił, i przez policję jego córka nie jest na wolności, bo gdyby nie my, to wszystko przebiegłoby pomyślnie. Jak wspomniałem, ja tego bankiera nawet nie widziałem. Zajmowałem się żoną, rozmawiałem przez telefon z nią i ze szpitalem. Na komisariacie poinformowano mnie, że jest jakaś akcja po cywilnemu. Dołączyłem jako ostatni. Usłyszałem rozkaz, że mamy ścigać porywaczy. Widziałem, jak kapitan strzelił w oponę samochodu bandytów. Zrobił się chaos. Przestępcy zaczęli strzelać do naszych. Ja dojeżdżałem ze wschodu, i zauważyłem, że jeden facet ucieka z miejsca strzelaniny. Nie miał na sobie kominiarki. Dałem znać kapitanowi, że bankier jest bezpieczny. Wtedy dał rozkaz do strzelania. Ogólnie poszło nam świetnie, bo po naszej stronie nie było żadnych ofiar, tylko sierżantowi Arnoldowi pocisk drasnął ramię. Po wszystkim kapitan mnie zapytał, gdzie jest bankier, a ja mu na to, że nie wiem, ale że widziałem go jak ucieka. Grunt że dał radę uciec, czy też że go wypuścili. To było najważniejsze. W samochodzie porywaczy wśród zastrzelonych zauważyłem nieuzbrojonego mężczyznę przywiązanego sznurami do siedzenia. Jeden z naszych zdjął mu kominiarkę, i powiedział, że to jest bankier. Wtedy dotarło do mnie, że facet którego widziałem jak ucieka to był porywacz. Facet zdjął wcześniej kominiarkę, i założył ją bankierowi. Moja pochopna i zła identyfikacja uciekiniera doprowadziła do śmierci cywila. Przeze mnie ta dziewczyna nie ma ojca. Przeze mnie jeden z policjantów, możliwe że ja, zastrzelił go.
Porucznik wstał.
- Simonie…
- Może pani powiedzieć, że to nie moja wina. Może pani powiedzieć, że to nie powód, aby odchodzić z policji. Cokolwiek pani powie, nie zmieni faktu, że zawiodłem jako policjant i jako człowiek. Jestem dojrzałym mężczyzną, a dojrzałość polega na dojrzeniu w sobie winy. Biorę odpowiedzialność za swoje czyny, i jako że nikt mnie nie chce ukarać, sam sobie wymierzam karę w postaci odejścia ze służby. Proszę nie brać tego do siebie.

***

Porządnie wypoczęty kapitan Bolbao wchodząc do komisariatu natknął się na wychodzącą akurat panią Georgettę.
- Na mnie już czas, kapitanie.
- Jak postępy?
- Proszę sprawdzić w swoim biurze.
Bolbao pożegnał panią psycholog, i zadowolony otworzył drzwi z napisem ‘KAPITAN’. Spodziewał się bowiem ujrzeć tam uśmiechniętego porucznika. Jednak nikogo w środku nie było. Obejrzał się za siebie. Pani Capsis opuściła komisariat, dzierżąc w ręku charakterystyczną teczkę. Kapitan rozejrzał się po swoim gabinecie. Na biurku wypatrzył pistolet i policyjną odznakę.



Data dodania2022-05-24 02:46
KategoriaRóżne
AutorSprytus

O autorze Wszystkie opowiadania

Komentarze

(Komentarze mogą dodawać jedynie zalogowani użytkownicy)

Brak komentarzy
Portal z poezją Pisze wiersze