Serwis www.piszewiersze.pl używa plików Cookies w celu ułatwienia korzystania z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest w po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji znajduje się w Regulaminie. Zamknij

Rejestracja konta

Login
E-mail
Hasło
Powtóz hasło

Ostatnio dodane wiersze

w ciszy szeptu2022-10-05 17:24
Zapach miłości 2022-10-05 15:29
Ci2022-10-05 15:11
Powołany2022-10-05 13:31
Obudź mnie2022-10-05 12:21
Muzę za nogi2022-10-05 11:13
Kura2022-10-05 10:15
Tęsknota 2022-10-05 06:44
w poezji...2022-10-05 05:21
DWIE MYŚLI2022-10-04 23:43
Hilary2022-10-04 20:19
Lee Merrick 432022-10-04 20:16
Lee Merrick 422022-10-04 20:12
Lee Merrick 412022-10-04 20:09
Przygotowania (...2022-10-04 20:00

więcej

Ostatnio dodane opowiadania

Martwa natura (albo: K...2022-10-04 17:49
Martwa natura (albo: K...2022-10-04 17:48
nie ma co świecić bla...2022-10-02 23:39
Psu na budę !2022-10-01 10:25
Jednoznacznie, niejedn...2022-09-30 16:54

więcej

Najlepsze w tym miesiącu

Rejs2022-10-02 08:45:0580
Odkryć odkryte2022-10-02 09:19:1170
Bieg przez duszę 2022-10-01 22:13:2170
U PROGU..2022-10-02 15:05:4370
Wierzba2022-10-03 06:33:5670
woń smierci2022-10-01 22:35:3160
Krakowskie Prze...2022-10-02 14:04:1960
Gdy żniwo wielkie2022-10-04 12:35:0860
Tam gdzie ryby ...2022-10-01 18:01:4460
DOM OJCA2022-10-01 23:55:4060

więcej

Zwinny wąż, dumny byk i zraniona sarna (albo: Kapitan Bolbao i Złoty Łabędź)


Yu Tian czuła niepokój, acz nie wiedziała przed czym. Może bała się właśnie tej niewiedzy. Wystarczą przypuszczenia, kilka niedomówień i wyobraźnia – tak wykreowany zostaje największy potwór, wyjadający trzewia naszych głów, przechadzający się po umyśle jak po dnie jeziora ciężkimi krokami kamiennego golema. Minęło siedem lat od tamtego ataku. Nieznany jej mężczyzna brutalnie ją zgwałcił i pozbawił wzroku. Pamiętna twarz, pamiętny głos… Na wspomnienie ciarki przeszły jej po plecach jak gromadka pająków. Od czasu odciskającego piętno wydarzenia przedstawicielka chińskiej mniejszości w Noisymount bała się przebywać sama w domu. Jednocześnie nie chciała tego przyznać, zwłaszcza owdowiałemu ojcu, którego opieka nad niewidomą córką była pełna rodzicielskiej troski, lecz niepozbawiona pewnej dozy przewrażliwienia.
To po prostu kolejny atak paniki, za chwilę mi przejdzie – mówiła do siebie w myślach.
W ciągu siedmiu lat nauczyła się polegać na innych zmysłach, przede wszystkim na słuchu. Gdy jednak wokół panowała pusta atmosfera wypełniona jeno przeszywającą ciszą, Yu czuła, jak gdyby wiatr zza okna szeptał tajemnice w nieznanym jej języku. Wówczas nieswojość potęgowały obrazy w groźny sposób wygiętych gałęzi, dźwięki sekretnych szelestów, urojonych kroków i skrzypnięć. Podobnie było teraz. Yu słyszała dźwięk powoli otwieranej klamki, lecz nie była pewna, czy sobie to wyobraża, czy nie. Postanowiła to sprawdzić. Odłożywszy książkę napisaną alfabetem Braille'a na bok, wstała od fotela, i ruszyła w kierunku drzwi, ręką dotykając ściany. Jej drżąca dłoń w końcu natrafiła na klamkę. Drzwi były zamknięte. Przyłożyła do nich ucho i nasłuchiwała. Nic. Ruszyła z powrotem w stronę fotela, gdy nagle zatrzymało ją skrzypnięcie podłogi tuż obok.
- Jest tu kto? – wydusiła z siebie.
Jeżeli ktokolwiek w tym pomieszczeniu był, z pewnością by jej nie odpowiedział, aczkolwiek słysząc własny głos miała na celu się nieco uspokoić. Przyniosło to niestety odwrotny skutek, bo słowa emanowały wyłącznie niepewnością. Równie niezdarnymi wydały się w oczach jej wyobraźni bezradne machnięcia rąk. Jak gdyby w odpowiedzi na nie, stuknęło coś w kącie pokoju. W lęku paraliżującym myśli otworzyła drzwi, by bezsensownie biec przez korytarz w nieodpartym wrażeniu, iż ściany jego zbliżają się do siebie, tworząc gigantycznych rozmiarów imadło mające zamiar wycisnąć z niej rozsądek.
Otworzyła pobliskie okno. Dopiero powiew lekkiego wiosennego wiatru ukoił jej myśli. Poczuła się głupio. Zażenowana swoim zachowaniem, i rozczarowana faktem kolejnej przegranej batalii z własnymi słabościami, wróciła powoli ze spuszczoną głową do pokoju. Obeszła go, ręką dotykając ścian i mebli. Dawało jej to poczucie komfortu i bezpieczeństwa. Nagle zatrzymała się, macając znajomy ciężki obiekt. Sejf był otwarty.

***

Yu Tian musiała odziedziczyć cechy po matce, albowiem jej filigranowa postać mocno kontrastowała z barczystą posturą ojca. Chang Tian wyglądał jak Wielki Mur Chiński, i gdyby nie azjatyckie rysy twarzy, mógłby pełnić rolę dublera sierżanta Arnolda Sailora.
- Kapitanie Bolbao, cieszę się, że przybyłeś. Ta zuchwała kradzież to wielki cios dla całej naszej społeczności.
Rodzina Tian opuściła swoją ojczyznę dwadzieścia lat temu, by zaoszczędzić sobie prześladowań religijnych ze strony Komunistycznej Partii Chin. Zamieszkawszy w Noisymount, Chang zaangażował się w działalność na rzecz poprawy sytuacji życiowej swoich rodaków emigrantów, oraz członków ich rodzin, którzy zamknięci zostali w komunistycznych obozach na dalekim wschodzie. Wkrótce stał się twarzą chińskiej diaspory w kraju.
Kapitan policji Henry Bolbao spotkał go po raz pierwszy.
- Postaramy się zrobić, co w naszej mocy, by znaleźć złodzieja bądź złodziei – zapewnił. – Proszę powiedzieć, co zostało skradzione.
- Figurka Złotego Łabędzia to drogocenna nagroda, jaka przyznawana jest za szczególne zasługi na rzecz narodu chińskiego. To unikat. Zgodnie z tradycją Złoty Łabędź przekazywany jest przez wpływowe osoby z rąk do rąk. Ja otrzymałem go od Bolina Chao, założyciela organizacji charytatywnej Wolne Chiny. On z kolei dostał go od dziennikarza śledczego Honga Li. Każdy z nas mógł zrobić z tym przedmiotem, co chciał, mógł na przykład go sprzedać i dostać za to spore pieniądze. Jednakże dla nas sam gest i tradycja są znacznie więcej wartościowe niż złoto. Jako iż cenne w moich oczach są działania prawnika Jaydena Powersa, dzięki któremu po wielu latach udało się opuścić komunistyczne obozy naszym krewnym, to właśnie jemu postanowiłem wręczyć figurkę. Uroczystość zaplanowałem na jutrzejszy wieczór właśnie tu, w moim domu. Oprócz wręczenia miały się odbyć przemowy i dyskusje na temat dalszych naszych działalności. Niestety, zmuszony byłem przed chwilą poinformować Jaydena Powersa telefonicznie, wraz z zaproszonymi uprzednio prominentnymi gośćmi, że spotkanie zostało odwołane ze względu na haniebny akt chciwej grabieży posążka.
Bolbao był pozytywnie zaskoczony zasobem słownictwa Changa. Mężczyzna zdecydowanie był oczytany i doskonale posługiwał się angielszczyzną.
- Jak rozumiem, figurka była cały czas zamknięta w sejfie.
- Owszem.
- Jej brak został… – tu kapitan zatrzymał się na chwilę, aczkolwiek nie potrafiąc znaleźć szybko w głowie innego określenia, kontynuował – …zauważony przez pańską córkę.
- Zgadza się. Jeszcze dziś rano widziałem go zamkniętego. Wyjechałem w pilnej sprawie, zostawiając córkę samą w domu. Nie powinienem był… zwłaszcza po tym, co zdarzyło się siedem lat temu. Widzi pan, panie Bolbao, moja córka została kiedyś zaatakowana. To właśnie tamten napastnik ją oślepił. Dobrze, że ten zabrał tylko figurkę…
Kapitan spojrzał na delikatną pannę Tian. Miała twarz płochliwej sarny. Jej obecność krępowała policjanta, odnosił bowiem wrażenie, że jednym pochopnym ruchem mógłby ją bezpowrotnie zniszczyć jak origami.
- Czy przed… spostrzeżeniem, że sejf jest otwarty i pusty… zaobserwowałaś coś dziwnego? – zapytał, z trudem konstruując zdanie.
- Wpierw słyszałam szuranie i jakby kroki. Potem wydawało mi się, że ktoś otwiera drzwi. Ktokolwiek to był, zrobił to bardzo delikatnie i powoli. Zupełnie jakby wiedział, że jestem ślepa.
Kapitan pogładził się po brodzie.
- Czy coś jeszcze rzuciło ci się w… – zaczął i ugryzł się w język.
Rozmowa z nią była dla niego jak gra w Jengę, z tą różnicą, że drewniane klocki były zastąpione słowami.
- Sprawdziłam drzwi, były zamknięte – relacjonowała Yu. – Potem usłyszałam skrzypnięcie podłogi. Ten ktoś musiał już być w pokoju. Gdy usłyszałam stuknięcie, spanikowałam i uciekłam. Wróciwszy, znalazłam sejf otwarty.
Bolbao podszedł do sejfu na klucz firmy Franz Jäger, zamknął go, i z powrotem otworzył. Rozległ się lekki trzask otwieranych drzwiczek.
- To był ten dźwięk! – potwierdziła Yu Tian, by po chwili odwrócić się w stronę wejścia.
Minęło dobre kilka sekund, zanim reszta usłyszała kroki wchodzącego sierżanta Sailora.
- Włamywacz raczej znał się na rzeczy. Choć zamek nie należy do mocnych, użył wytrycha – ogłosił.
- Tak samo z sejfem – odparł Bolbao. – Złodziej wiedział, po co przyszedł. Chodziło mu o statuetkę. Zaryzykował, mimo iż w domu przebywała osoba. Tak jak zasugerowała panna Tian, wiedział również o jej ślepocie. W przeciwnym wypadku by się wycofał, albo ją ogłuszył i związał. Czy ktoś oprócz was ma swobodny dostęp do budynku?
- Zatrudniam gosposię, ale dzisiaj ma wolne. Wątpię, aby znała się na wytrychach – rzekł Chang Tian, prezentując ubytki w uzębieniu.
Bolbao kucnął, by przyjrzeć się czemuś na dywanie.
- Czy to twój kolczyk? – zapytał dziewczynę.
Zarówno Yu, jak i Chang Tianowie mieli zdumione miny.
- Nie noszę kolczyków – powiedziała Yu.
- Symbol Czarnych Krawatów – oznajmił Chang. – Znam tylko jednego człowieka, który nosi kolczyki z tym symbolem i nie mieszka w Chinach. To Chao Zheng.

***

Bolbao kierując radiowozem zerknął na siedzącego na miejscu pasażera Arnolda, który przeglądał gazetę. Udało mu się przeczytać jeden z nagłówków: ‘Oszukał kanclerza metodą na wnuczka, teraz rządzi krajem’.
- O zapowiedzianym wręczeniu nagrody donosiła lokalna prasa – orzekł sierżant, nie odrywając oczu od gazety. – Wybór wzbudzał kontrowersje. Spodziewano się, że Złotego Łabędzia otrzyma Chao Zheng. Wielu uważa go za dużo bardziej zdecydowanego w działaniach przedstawiciela chińskiej diaspory od Tiana.
- Chang wspomniał, że to polityczny aktywista.
- Tak, znany z ostrych wypowiedzi pod adresem naszego rządu. W zasadzie krytykuje wszystkie rządy i instytucje za to, że jego zdaniem niewystarczająco starają się o wywieranie nacisków na władze Chin. Chang jest tutaj cytowany. Powiedział: ‘Choć wielu sugerowało mi, abym wręczył Złotego Łabędzia Chao Zhengowi, uważam, że przyniosłoby to nam więcej szkody aniżeli pożytku. Przez jego obraźliwe wypowiedzi chińska mniejszość może być postrzegana w negatywnym świetle, a tego bym nie chciał. Osobiście uważam, że Czarne Krawaty mentalnie żyją w okresie zimnej wojny’.
Sierżant złożył gazetę.
- Kapitanie, nie jestem pewien, czy to jest sprawa dla nas. Możliwe, że kradzież była motywowana politycznie, a ja z tego niewiele rozumiem. Nawet ich nazwiska brzmią dla mnie identycznie.
Zaczęło padać, toteż Bolbao włączył wycieraczki.
- Jest tam jakiś cytat Zhenga? – zapytał, obojętny na opinię sierżanta, a obok znów zaszeleścił papier.
- Nie, ale jest napisane, że krytykował wręczenie Łabędzia Jaydenowi Powersowi. Powód jest dość głupi. Chodzi mianowicie o fakt, że Powers nie jest Azjatą. Jest Afroamerykaninem. I znowu cytat Tiana: ‘Nagroda przysługuje temu, kto przysłużył się narodowi chińskiemu. Nie ma znaczenia narodowość tej osoby’.
Bolbao zatrzymał samochód w uliczce ciasnej jak umysł ateisty.
- Jesteśmy. Tutaj mieszka Chao Zheng.
Arnold rozejrzał się.
- Wygląda jak melina.

***

Przed wejściem stał skośnooki facet w skórzanej kurtce.
- Hej! Co sobie tak łazicie? Tu nie ma nic do zwiedzania.
Kapitan wyciągnął odznakę.
- Też se taką mogę kupić – skomentował ochroniarz, i splunął na chodnik.
- To tutaj mieszka Chao Zheng?
- Może. Mam ochraniać drzwi, a nie odpowiadać na pytania.
Policjantom rzadko trafiała się jakaś rozrywka w pracy. Zarówno Bolbao, jak i Sailor poczuli, że nadarza się właśnie doskonała po temu okazja.
- Masz ochraniać drzwi, powiadasz? – powiedział wesoło Arnold, spoglądając za plecy strażnika. – Stylowy mahoń.
- Nie drzwi ochraniam, tylko tego, co jest ZA NIMI. Nie musicie się starać, od razu mówię, że choćbyście mi oferowali tysiąc dolarów, skradali się, udawali chrząszcze, NIKOGO NIE WPUSZCZĘ.
- Powiedziałeś ‘chrząszcze’?
- Ej! Niczego nie kombinuj! Mam cię na oku. Nawet dwóch.
- Co powiedziałbyś na dwa tysiące? – zapytał Bolbao, przyłączając się do zabawy.
Stróż zanucił sobie melodię. Robił się coraz bardziej niecierpliwy.
- Co za uparcie nieprzekupny typ. Na pewno nie jest stąd – zażartował sierżant.
- Tylko posłuchajcie…
Nastała cisza.
- Nic nie słyszę – zabił ją kapitan.
- I o to chodzi, tak właśnie było, dopóki nie przyszedłeś. Nie sprowokujesz mnie, nawet nie próbuj.
- Musi być jakiś sposób, by cię przekonać, żebyś nas wpuścił. Czy jest cokolwiek, o czym marzysz?
- Jest.
- Co takiego?
- CISZA!
- Gdzie znajdziemy twojego zleceniodawcę?
- NIE TU. Rozumiesz?
- Nie nudzi ci się tak bez przerwy stać? – kontynuował policjant.
- Nie, bo ciągle mówi do mnie jakiś natręt.
- Nie ma za co. Co powiesz na grę w chowanego?
- Mam lepszy pomysł - pobawmy się w pochowanego. Ty się idziesz schować, a ja liczę, dopóki nie umrzesz!
- A wiesz, z czego składa się dzida bojowa? – zaskoczył obu Henry Bolbao.
Arnold i ochroniarz spojrzeli na niego zbici z tropu.
- Dzida bojowa składa się z przeddzidzia dzidy bojowej, śróddzidzia dzidy bojowej i zadzidzia dzidy bojowej. Przeddzidzie dzidy bojowej składa się z przeddzidzia przeddzidzia dzidy bojowej, śróddzidzia przeddzidzia dzidy bojowej oraz zadzidzia przeddzidzia dzidy bojowej. Śróddzidzie dzidy bojowej z kolei dzieli się na przeddzidzie śróddzidzia dzidy bojowej, śróddzidzie śróddzidzia dzidy bojowej i zadzidzie śróddzidzia dzidy bojowej. Zadzidzie dzidy bojowej składa się z przeddzidzia zadzidzia dzidy bojowej, śróddzidzia zadzidzia dzidy bojowej i zadzidzia zadzidzia. Przeddzidzie przeddzidzia…
- Poddaję się! Ja tu nie wytrzymam nerwowo! Możecie sobie nawet te drzwi wziąć do domu! – wypalił stróż, i odszedł.
- Zaczekaj! – zawołał za nim rozbawiony sierżant.
- Czego jeszcze chcesz? Nie mam drugich drzwi w kieszeni!

***

Chao Zheng był młodym mężczyzną o wyglądzie podrzędnego gangstera spod więziennej celi. Nie inaczej prezentowało się jego mieszkanie.
- Ale syf – zrecenzował Arnold.
Zheng miał oczy stereotypowego psychiatry. Analizował każdy ruch swych interlokutorów, a wszelkie cudze kompleksy stanowiły dlań kompleksy badawcze. Nagle zaczął wydawać przeraźliwie głośne dźwięki.
- Co się dzieje? – spytał Henry.
- Kaszel – odparł tamten. – Dusi mnie od tygodnia. Czego chcecie? Deportować mnie do komucholandii?
- Doskonale wiesz, dlaczego tu jesteśmy. Z pewnością Chang Tian poinformował cię o kradzieży Złotego Łabędzia.
Młodzieniec zakaszlał jeszcze bardziej charkliwie.
- Tak, dzwonił do mnie. Ale co ja mam z tym wspólnego? Szukajcie murzynów, którzy to ukradli, zamiast marnować czas tutaj.
- Skąd przypuszczenie, że dokonały tego osoby czarnoskóre? – zapytał Bolbao.
- Ja nic nie wiem, wyrażam tylko to, co każdy myśli. Kto w tym kraju odpowiada za największą liczbę przestępstw? Murzyni. Kto jest najbardziej ugodowy? Azjaci. Kto otrzymuje najwięcej przywilejów? Murzyni. Oto wasz kraj w skrócie.
Arnoldowi przeszło przez głowę, iż pomylili mieszkania, a to jest jakiś inny Chao Zheng.
- Podobno nie byłeś zadowolony z zamiaru Tiana, aby wręczyć Łabędzia Jaydenowi Powersowi.
- No pewnie że nie! Ten czarnuch jest podejrzany. Nie dość że murzyn, to w dodatku prawnik. W Chinach prawnikom się nie ufa. Jak i całemu temu systemowi.
- Mężczyźni rzadko u nas noszą kolczyki. Na twoich jest jakiś symbol. Co on oznacza? – dopytywał się sierżant.
- Czarne Krawaty, to grupa prawdziwych antysystemowców w Chinach. Od nich wszystkiego się nauczyłem. Dziś prawie ich już nie ma, wszyscy trafili do obozów. Mnie udało się uciec. Pamiątka po ojczyźnie – odpowiedział Zheng z dumą w głosie.
- Masz ich więcej niż jedną parę? – wystrzelił w końcu Bolbao.
- A co? Nie wolno?
- Zadałem proste pytanie.
- Mam, ale nikomu nie sprzedaję. Mają dla mnie wartość sentymentalną.
- Nie zgubiłeś czasem jednego?
- Nie, i nigdy nie pozwoliłbym sobie na to.
Kapitan wyjął malutki przedmiot z kieszeni.
- Znaleźliśmy go w pokoju z otwartym sejfem, z którego skradziono statuetkę.
Zheng wyglądał na zaskoczonego.
- Doprawdy nie wiem, kto mógł to mieć oprócz mnie. A ja tego nie zgubiłem. Ewidentnie ktoś, kto ma kontakty w Chinach, próbuje wrobić Czarne Krawaty. To pewnie komunistyczna prowokacja!
- Gdzie byłeś dzisiaj od godziny ósmej do dziewiątej rano?
Zheng siedział zatopiony w myślach.
- Momencik. Zaraz wrócę.
Wstał i wyszedł do innego pomieszczenia. Policjanci spojrzeli po sobie. Sierżant położył dłoń na kaburze.
- Mam – usłyszeli zza ściany głos Zhenga. – Zaraz wam coś pokażę.
Z każdym zbliżającym się krokiem Chińczyka dłoń Arnolda Sailora coraz bardziej zbliżała się do rękojeści broni. W końcu w drzwiach wyłonił się z powrotem Chao Zheng z kopertą w ręku.
- Na wszystko inne trzeba czekać nie wiadomo jak długo, ale mandaty przychodzą jeszcze tego samego dnia – pokazał policjantom kartkę.
Było to zdjęcie z fotoradaru, wykonane o godzinie ósmej trzydzieści siedem, ponad pięćdziesiąt kilometrów z dala od Noisymount.

***

- Przestępcy miewali już alibi, które wydawało się niepodważalne – przypomniał Ebenezer Ruffin pochylony nad szachownicą.
- Ten facet ma dodatkowo uciążliwy kaszel. Tymczasem złodziej działał po cichu – argumentował Bolbao, trzymając w ręku kufel piwa. – Fotoradaru nie da się oszukać.
Ruffin się uśmiechnął.
- Wiesz, to Azjata…
- Ebenezerze. – Powiedział kapitan tonem, z jakim niejednokrotnie zwracał się do swojego syna Johna. – Sprawdziliśmy też innych chińskich znajomych ofiary kradzieży. Wszyscy mają alibi. Wygląda na to, że Zheng ma rację. Ktoś próbuje go wrobić.
Ruffin zaśmiał się.
- Powiedziałem coś zabawnego?
- Nie. Po raz pierwszy w życiu zamatowałem kogoś pionkiem.
Bolbao zastygł w bezruchu, co spotęgowało wesołość u przyjaciela.
- Kompletnie na niego nie zwracałeś uwagi. Jak to mówią, najciemniej pod latarnią.
- Ruffin…
- Co?
- Chyba rozwiązałem sprawę. Rozwiązanie wydaje się absurdalne. Wyobraź sobie, że ktoś ma jutro odebrać drogocenną nagrodę, ale kradnie ją dzień wcześniej.
- To szaleństwo – wyraził Ebenezer.
- A jednak myślę, że właśnie to miało miejsce. Aby to udowodnić, będę potrzebował pomocy ze strony Yu Tian. Nie wiem tylko, jak jej to powiem.
- Nie zna angielskiego?
- Zna doskonale, ale ja przy niej - nie bardzo.

***

Jayden Powers był wyraźnie niezadowolony wizytą kapitana Bolbao w swoim biurze, ale próbował tego nie dać po sobie poznać. Nieudolnie. Elegancko ubrany, krótko przystrzyżony czarnoskóry mężczyzna robił wrażenie energicznego.
- Witam w moich skromnych progach. Niestety nie mam zbyt wiele czasu.
- Wiem, praca prawnika potrafi być wymagająca. Mój szwagier jest prokuratorem. Nazywa się Samuel Graham, zna go pan może?
- Tak, kojarzę. Bardzo ambitny.
- Prowadzę teraz sprawę kradzieży Złotego Łabędzia, który miał panu zostać wręczony.
- Wierzę, że się panu uda. Ma pan już jakiś trop?
- Tak. Swoją drogą, gdzie był pan dzisiaj rano od godziny ósmej do dziewiątej? Procedury, rozumie pan…
- Rozumiem, jestem przecież prawnikiem. Prawdę mówiąc, byłem po prostu w domu. Nikt tego nie może potwierdzić. To chyba nie problem, prawda?
- Zasugerowałem Changowi Tianowi, aby z racji braku statuetki wręczył panu symbolicznie nagrodę alternatywną. Stoi za drzwiami. Czy mógłby wejść?
- Jak najbardziej – odpowiedział Powers, siląc się na uśmiech.
Drzwi otworzyły się, i do biura wszedł barczysty Chińczyk wraz ze swoją córką, która już nie wyglądała jak płochliwa sarna, ale jak sarna tuż przed uderzeniem tira. Yu Tian trzymała na rękach łabędzia wykonanego techniką origami. Jej ręce się trzęsły.
- Jaydenie, nie mamy Złotego Łabędzia, ale to nie jest najważniejsze. Najważniejszy jest gest. Oto Łabędź wykonany przez złotą dziewczynę – powiedział Chang.
Jayden nie przestawał się sztucznie uśmiechać. Yu Tian złożyła na ręce ojca papierowego łabędzia. Całość wyglądała nieco groteskowo, ale Bolbao zachował powagę.
- Zgodnie z tradycją, wręczający mówi: ‘jeśli wróg przyjdzie z morza, czy z lądu, czy też zza gór’. Z kolei otrzymujący odpowiada na to: ‘z własnych ciał zbudujemy drugi chiński mur’.
Chang podszedł do prawnika.
- Jeśli wróg przyjdzie z morza, czy z lądu, czy też zza gór…
Powers chrząknął. Otworzył usta, ale nic nie mówił. Wyglądało to, jakby nagle utracił zdolność mówienia. Zrobił dziwaczny grymas, po czym chwycił kartkę i długopis. Napisał coś po chińsku, i pokazał kartkę Changowi.
- O co chodzi? – zapytał Bolbao.
- Napisał, że ma chore gardło.
- Jeszcze przed chwilą mówił całkiem czysto. Sami zresztą słyszeliście zza drzwi. Panno Tian, przysłuchałaś się temu panu?
- Tak. Znam ten głos. Słyszę go we śnie od siedmiu lat.
Bolbao odłożył łabędzia na biurko. Do pomieszczenia wszedł sierżant.
- Kto mógł dokonać kradzieży? – zaczął kapitan. – Osoba, która wiedziała o statuetce, niepełnosprawności Yu Tian, o Zhao Chengu i Czarnych Krawatach, a także posiadająca silne kontakty z Chinami. Zapytaliśmy prawie wszystkich o alibi - wszystkich z wyjątkiem Jaydena Powersa. No bo po co miałby kraść coś, co i tak otrzymałby dzień później? Otóż jest jeden powód. Przede wszystkim jest to rzecz drogocenna, którą chciał mieć, zwłaszcza, że została mu już obiecana. Jednakże uroczyste wręczenie nagrody miało się odbyć w domu Changa Tiana, gdzie oczywiście przebywałaby również jego córka. Z pewnością przysłuchiwałaby się przemowie, jaką Jayden Powers by wygłosił. Wówczas prawdopodobnie krzyknęłaby, że to ten człowiek zaatakował ją siedem lat temu. Doskonale zapamiętała jego głos. Wtedy stałby się podejrzany, a policja zainteresowałaby się jego przeszłością, porównałaby DNA, co zresztą jeszcze dzisiaj zdążymy zrobić, prawda, Arnoldzie?
- Jasna sprawa. Dałem już znać laboratorium.
- W celu uniknięcia spotkania by nie zostać rozpoznanym Jayden Powers ukradł Złotego Łabędzia dzień wcześniej. W ten sposób wszedł w posiadanie drogocennej rzeczy, jednocześnie nie ryzykując rozpoznania przez ofiarę swojego ataku. Nie musiał się tłumaczyć, że nie przybędzie na odebranie nagrody. Taki ruch bowiem mógłby zostać odebrany negatywnie przez chińską diasporę, i także mógłby wzbudzić podejrzenia. A że nie ma już czego wręczyć, Jayden Powers nie musiał się tam pojawić i wygłaszać przemowy.
Prawnik zerwał się, ale wyjście zasłonił mu Arnold.
- Czemu zawsze uciekają? – zapytał Bolbao.
- Aresztować go? – rzucił sierżant.
- Oczywiście, a co myślałeś?
- Że może powiem mu, z czego się składa dzida bojowa, a ty go zajdziesz od tyłu.

***

Kapitan Henry Bolbao wyszedł z gabinetu trzymając w ręce zabazgrane ryzy papieru.
- No i jak? – podniósł wzrok znad gazety Simon James.
- Dziwnie jakoś czytać opowiadanie o sobie. Nie wszystko zgadza się z faktami. Pominąłeś zupełnie swoją rolę w rozwiązaniu tej sprawy.
- Tak jak dla ciebie dziwne jest czytanie o sobie, tak dla mnie dziwne jest pisanie o sobie.
Bolbao pogładził się po brodzie.
- Masz moje pozwolenie, możesz napisać książkę. Tylko nie przesadzaj z opisywaniem moich rzekomych zalet. Po prostu nie rób ze mnie geniusza. No i ogólnie to wiadomo, nie wymyślaj zdarzeń. Jakieś drobne pominięcia czy zmiany oczywiście mogą być, ale nie żeby wpadło ci do głowy pisać na przykład, nie wiem, o jakichś Muminkach czy coś.
Simon James spuścił głowę, próbując powstrzymać uśmiech.


Data dodania2022-08-25 14:13
KategoriaRóżne
AutorSprytus

O autorze Wszystkie opowiadania

Komentarze

(Komentarze mogą dodawać jedynie zalogowani użytkownicy)

Brak komentarzy
Portal z poezją Pisze wiersze