Serwis www.piszewiersze.pl używa plików Cookies w celu ułatwienia korzystania z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest w po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji znajduje się w Regulaminie. Zamknij

Rejestracja konta

Login
E-mail
Hasło
Powtóz hasło

Ostatnio dodane wiersze

Piękna dama 422022-12-05 09:01
Piękna dama 432022-12-05 08:42
Piękna dama 422022-12-05 08:40
Piękna dama 412022-12-05 08:39
Piękna dama 402022-12-05 08:36
JAK CO ROKU ( i...2022-12-05 00:33
ODPOWIEDŹ dla M...2022-12-04 22:13
Nemo ante morte...2022-12-04 15:21
Magiczny czas ś...2022-12-04 14:18
Jest taki wieczór2022-12-04 14:10
Dobranoc ci życ...2022-12-04 12:14
Tak wiele bym c...2022-12-04 12:00
Otulenie szare2022-12-04 11:46
Świyntyczny ło...2022-12-04 10:26
Filozoficznie 592022-12-04 09:31

więcej

Ostatnio dodane opowiadania

Trzy myśli2022-12-02 12:51
Nauka jazdy2022-11-22 15:39
Wspaniały przywilej (i...2022-11-11 18:36
NALOT2022-11-06 12:14
STRACH2022-11-06 12:14

więcej

Najlepsze w tym miesiącu

Starzec2022-12-01 13:45:5290
Domie mój2022-12-01 17:26:5080
Świyntyczny ło...2022-12-04 10:26:4180
Historia Jezusa2022-12-03 00:23:0870
deszczowa rapsodia2022-12-01 16:13:1770
Bezsens2022-12-03 23:26:5870
Ślady 2022-12-03 23:23:5760
Strach2022-12-04 01:52:4660
WIERNE SŁOWO2022-12-03 21:58:1360
Otulenie szare2022-12-04 11:46:1760

więcej

Martwa natura (albo: Kapitan Bolbao i śmierć artystki) część I


Choć Mortfields była dzielnicą Noisymount, to na tyle specyficzną i odrębną, iż o ludziach stąd nigdy nie mówiono: ‘mieszkają w Noisymount’, ale ‘mieszkają w Mortfields’. O stanowiącej swoistą eksklawę świata mroku i bezprawia Mortfields żartowano, że panowała tu taka bieda, iż nie było nawet co kraść, a wieczorny spacer na tym terenie traktowano niczym akt odwagi graniczącej z głupotą. To właśnie tu, na ziemi czarnej niczym popiół upadłej cywilizacji, pośród niebezpiecznie wyglądających spadzistych dachów, zamieszkała Emma Hamilton. Samotna młoda panna nie miała wielkiego wyboru, gdy siedem lat temu opuściła sierociniec z racji osiągnięcia pełnoletności. Jak na ironię, pomimo otaczającej jej mieszkanie brzydoty i brudu, malowała kolorowe pejzaże. Obrazy te stanowiły chyba jedyną jasną i radosną rzecz, jaką można było znaleźć na całej dzielnicy.
Zza zakrętu wyłonił się niebieski tułów autobusu, ochlapując buty zmierzającej w stronę owego mieszkania Elisabeth Doyle. Zabierając ze sobą pół godziny temu parasol, starsza kobieta nie myślała, że deszcz może ją uderzyć poniżej pasa. Zaraz potem, tym razem w nozdrza, uderzył piekarniany zapach – istny młot na anoreksję. Obraz świeżych bułek okazał się miłą odskocznią od posępnych myśli. Te jednak znów się pojawiły na widok mijanych osób. Kobieta starała się nie patrzeć przechodniom w oczy, jak gdyby jej wzrok zdradzał innym jej kruchość i bezbronność.
Jakże się zmieniłam – pomyślała. Będąc w wieku panny Hamilton, nosiła ciemne okulary, w których czuła się niezniszczalna. W strachu przed krzywdą wzbudzała w bliźnich strach, i niosła krzywdę. Zaufanie drugiemu człowiekowi jawiło jej się wówczas jako coś skrajnie głupiego – jak podejście do płonącej watry będąc oblanym naftą. Odmieniła ją praca w sierocińcu na stanowisku kucharki. Zaufania nauczyła się od osób, które jej zaufały, a jedną z nich była właśnie młoda Emma. Chciała dla dziewczyny zrobić coś więcej, niż tylko to, co do niej należało z racji wykonywanego zawodu. Wiedziała, że nie zastąpi jej matki, która zmarła, gdy Emma miała zaledwie trzy latka. Gdy mieszkańcy sierocińca osiągali pełnoletność, zdani byli na siebie; nie mieli dokąd się udać – nikt nie pomagał im w znalezieniu pracy ani mieszkania. Z tego powodu pani Doyle nadobowiązkowo pomagała swoim byłym podopiecznym odnaleźć się w świecie. I choć od opuszczenia sierocińca przez Emmę Hamilton minęło siedem lat, od czasu do czasu Elizabeth Doyle odwiedzała ją z obiadem i garścią ciepłych słów.
Przywołujący miłe wspomnienia zapach świeżego pieczywa zniknął, odsłaniając prawdziwy swąd Mortfields. Do tej pory Elizabeth myślała, że bardziej śmierdzącego miejsca na tej dzielnicy nie ma. Myliła się. W wyobraźni przebiegły jej pod nogami setki szczurów, a z zaparkowanego niedbale samochodu dał się słyszeć gangsterski rap, jakby ostrzegając kucharkę, że oto wkracza w strefę szczególnego zagrożenia.
Jeszcze kawałek i będę u Emmy – dodała sobie otuchy. To tutaj kłębiły się w ścisku cumulusy przeżyć osadzonych w splot kamienic niewidzialnie obok siebie mieszkańców, żyjących, jak sobie to wyobrażała pani Doyle, w ciągłym napięciu. Chodnik rozświetlał niekiedy blask telewizorów zza okien, acz nie wiadomo, jak niebezpieczne tajnie skrywały w sobie te szarobure domostwa nadszarpane pazurem rujnacji.
W końcu udało jej się przejść przez ów poligon. Odetchnąwszy z ulgą, ruszyła schodami na piętro bloku. Ku jej zdziwieniu, drzwi do mieszkania były lekko uchylone. Uchyliła je zatem bardziej.
Po chwili w słyszanym tylko w swojej głowie krzyku wybiegła z powrotem na zewnątrz, i ignorując wcześniejsze niepokoje, poczęła wołać o pomoc. Przechodnie natychmiast zwrócili na nią uwagę, lecz po usłyszeniu słowa ‘policja’, zaraz kontynuowali przemieszczanie się, może nawet szybciej aniżeli przed chwilą. Kucharce przypomniały się słowa koleżanki z pracy. Powiedziała ona, że Mortfields jest miejscem ‘zapomnianym przez Boga’. Elizabeth Doyle usnuła jednak inną tezę: było to miejsce, w którym to ludzie zapomnieli o Bogu.

***

Kapitan policji Henry Bolbao leżał w szpitalnym łóżku i nie wiedział co robić. Spać mu się nie chciało, a zresztą i tak nie mógł, i to z dwóch powodów. Po pierwsze, paliła go rana postrzałowa, jaką obdarował go dzień wcześniej ścigany kryminalista w balaklawie. Po drugie, tuż za ścianą słychać było chrapliwy głos pielęgniarki.
- Kapitanowi nie wolno przeszkadzać, musi odpoczywać – dochodziło do jego uszu.
Świadomość, że ktoś go odwiedził, dodała mu wigoru.
- Proszę wejść! Czuję się dobrze! – zawołał, ustawiając poduszkę tak, by móc odpoczywać w pozycji półleżącej.
- Możecie panowie wejść, ale na krótko – usłyszał zza ściany.
W pokoju pojawili się Ebenezer Ruffin i Jeremy Hay.
- Bardzo zadziorna pielęgniarka. Lubię takie – skomentował pierwszy gość.
- Ale ona chyba cię nie lubi, mistrzu – oznajmił czarnoskóry młodzieniec.
Kapitan się uśmiechnął.
- A kto by chciał, żeby po jego oddziale chodził grabarz?
- To po mnie aż tak to widać? – zapytał Ruffin z nieskrywaną dumą. – Może na mój widok ludzie przypominają sobie, że umrą. To świetna sprawa. Dzięki temu może pomyślą o rzeczach, które są ważne, i się nawrócą. To prawie jak sutanna. Ot, odkryłem kolejny pożytek swojego zawodu.
Grabarz i jego młody współpracownik usiedli na niezajętym łóżku obok.
- Podobno cię jakiś bandzior postrzelił.
- Tak, dostałem w prawe ramię podczas pościgu w Waterscotch City. Dwóch facetów próbowało napaść na bank. Dorwaliśmy ich z Arnoldem.
- Boli? – spytał Jeremy.
- Wcześniej bolało, teraz piecze. Ale bardziej mi doskwiera nuda. Co ja mam tu robić? Leżeć i wyświetlać na suficie wspomnienia z dzieciństwa? Ale skończmy już gadać o mnie. Mów, Ruffin, co tam u ciebie. Kogo ostatnio chowałeś?
- Ostatnio towar przychodzi z Noisymout. Jeden młody dzieciak stamtąd przedawkował amfetaminę. Jakieś parę dni potem umarł stary Kirk, wiesz, od sklepu z bronią. Ten z kolei przedawkował wiek. No i przedwczoraj jeszcze ta malarka…
- Claudia Willis – wtrącił kapitan.
- Tak. Zawał serca w tak młodym wieku… choć muszę przyznać, że jej obrazy mi się nie podobają. Możesz mnie nazwać staroświeckim, ale choć nazywają jej malarstwo oryginalnym, dla mnie to maziaje. Zresztą, jak już tak szczerze rozmawiamy… tak zwana sztuka nowoczesna nie jest ani sztuką, ani czymś nowoczesnym, bo ludzkość wypróżniała się już tysiące lat temu. Ze słowem ‘sztuka’ ma to tyle wspólnego, że jest towarem, a towar sprzedaje się na sztuki.
Henry poprawił poduszkę.
- Była ponoć dość znana – orzekł. – Ja bardziej kojarzyłem jej męża, lekarza Petera Willisa. Rosły osiłek, wyglądał jak Arnold na sterydach.
- I w dodatku bogaty. Słyszałem, że ma dwa domy – wyraził młody Jeremy.
Ruffin machnął ręką.
- Mój tatko mawiał: mógłbym posiadać trzy budynki a nie mieć rodziny, i kim bym tedy był? Bezdomnym. Jeśli zaś chodzi o tę malarkę, to pogrzeb był zaraz po jej śmierci…
- Jej mąż musiał ją bardzo kochać, bo sam się zajął wieloma rzeczami związanymi z pogrzebem – dodał Jeremy.
Ebenezer lekko przekrzywił głowę, co dla Jeremy’ego wyglądało zupełnie jak zachowanie jego kundla. Chłopakowi przyszła nawet do głowy głupia myśl, czy grabarz i jego pies nie są czasem ze sobą spokrewnieni. Kiedyś to krzywienie głowy szefa bardzo go irytowało, dopóki pewnego razu nie przyłapał się na tym samym. Samo zwierzę też chyba nabierało nawyków od grabarza, albowiem coraz częściej zakopywało coś w ziemi.
- Człowieka tak zaangażowanego w pochówek własnej żony jeszcze nie widziałem. Jakby chciał się upewnić, że zostanie pogrzebana. Już dzisiaj sprzedaje obrazy małżonki na specjalnej aukcji, i ma zamiar wyjechać za granicę. Podobno z jakąś kobietą. Widziano…
Ruffin przerwał, bo zza ściany słychać było znowu chrapliwy głos pielęgniarki.
- Pani męża już ktoś odwiedza. Kapitan potrzebuje ciszy i spokoju, proszę nie wchodzić wszyscy na raz i nie zabierać mu powietrza. Proszę usiąść i poczekać, aż reszta wyjdzie.
- Edna z dziećmi – oznajmił Bolbao.
- To może wyjdziemy – rzucił Ebenezer, i pociągnął Jeremy’ego za rękaw. – Chodź, porozmawiamy sobie z panią pielęgniarką. Może nas polubi. Prędzej czy później i tak pewnie będzie musiała skorzystać z naszych usług.
Nagle jednak znów podniosły się głosy zza ściany, a w progu pomieszczenia pojawił się sierżant Arnold Sailor z miniaturową teczką w ręku. To znaczy: teczka była normalnych rozmiarów, po prostu w ręku sierżanta Arnolda wszystko wyglądało miniaturowo.
- Kapitanie, mamy nową sprawę. Chciałem cię wdrożyć, żebyś był na bieżąco, jak już opuścisz szpital. Nie żyje Emma Hamilton, młoda malarka z Mortfields.
Na słowa ‘nie żyje’ Ebenezer paradoksalnie się ożywił, jak w latach szkolnych, gdy czekał na wyczytanie nazwiska z dziennika, by zawołać ‘obecny!’ i kontynuować swą mentalną absencję. Tym razem o absencji nie było mowy.
- Kolejna malarka?
- O tej nie słyszałem – przyznał Bolbao. – Jak zginęła?
- Morderstwo przez uderzenie w głowę za pomocą ciężkiego wazonu. Trudno powiedzieć, czy było motywowane chęcią rabunku, bo ofiara mieszkała sama, nie wiemy zatem, czy czegoś brakuje. Przeszukaliśmy jej mieszkanie, znaleźliśmy niewiele pieniędzy. Ciało znalazła starsza kobieta, niejaka Elizabeth Doyle. Właśnie jadę z nią porozmawiać, ale postanowiłem wstąpić po drodze do szpitala. Póki co, stoimy w martwym punkcie.
Mała głowa chłopca wyłoniła się zza drzwi. Ponownie rozległ się ochrypły głos pielęgniarki.
- Proszę poczekać w kolejce! Kapitan musi odpoczywać!
Do pomieszczenia wpadł Simon James z kartkami w rękach.
- Hej, jak się masz? – odezwał się do kapitana. – Napisałem kolejne opowiadanie i…
Przerwały mu podniesione głosy Edny Bolbao i pielęgniarki.
- Przepraszam bardzo, ale jako żona pacjenta mam chyba pierwszeństwo przed innymi odwiedzającymi, prawda?
Po chwili w szpitalnym pokoju obecnych było już dziewięć osób, bowiem dołączyły obie kobiety oraz mały John i Sarah, dzieci kapitana.
- Proszę natychmiast stąd wyjść! – zaskrzeczała pielęgniarka. – WSZYSCY!
- Ja jestem tutaj służbowo… – zaczął sierżant, ale rozległ się krzyk pielęgniarki.
- Powiedziałam coś!
Jeremy ruszył do wyjścia jako pierwszy.
- Mistrzu, lepiej wyjdźmy. Widziałem, jakie ta pani ma igły.
Ku zaskoczeniu wszystkich, jako drugi ruszył się Bolbao. Wstał, i zaczął zabierać rzeczy z szafki.
- Henry, co ty robisz? – zapytała żona.
- Wychodzę.
- Panie Bolbao, mówiąc ‘wszyscy’ nie miałam na myśli pana – rzekła znacznie spokojniejszym tonem pielęgniarka.
- Powiedziała pani, że powinienem odpoczywać. Dziękuję za troskę. Otóż uważam, że więcej odpoczynku znajdę w pracy niż w szpitalu. Zaś od detektywa zdalnego lepszy jest mobilny. Proszę wyjść, przebiorę się. Arnoldzie, pojedziemy przesłuchać świadka.

***

Mieszkanie Elisabeth Doyle wyglądało dokładnie tak, jak w wyobraźni człowieka, który usłyszał właśnie słowa ‘mieszkanie starszej poczciwej kobiety’. Za oknami deszczyło się przemożnie, co w oczach gości czyniło przytulny zakątek jeszcze bardziej przytulnym.
- Czy posiadała coś cennego? – zapytał kapitan, mając na myśli ofiarę mordu.
- Posiadała bezcenne obrazy, które namalowała – odrzekła pracowniczka sierocińca. – Wiele szkiców.
- Tak, widziałem je. Kapitanowi chodziło raczej o to, czy ktoś chciałby się włamać w celu kradzieży. Możliwe że nie było to zaplanowane: gdy właścicielka mieszkania wróciła, rozpętała się walka, podczas której włamywacz uderzył ją wazonem ze skutkiem śmiertelnym – dookreślił Arnold, wyręczając w ten sposób kapitana.
- Wątpię. Mortfields to biedna dzielnica.
Kapitan chciał pogładzić swoją brodę, ale z przyczyny pieczenia ręki, zaniechał tego.
- Panna Hamilton mieszkała samotnie. Nic nie wiemy o jej życiu towarzyskim. Może zna pani kogoś, z kim utrzymywała relacje?
- Niestety wiem tyle co panowie. Widywałam się z nią od czasu do czasu. Ostatnio zajmowała się szukaniem prawnika…
Te słowa wzbudziły w policjantach zainteresowanie.
- Prawnika?
- Tak. Nie wiem, czy powinnam o tym mówić… ale chyba powinnam, zważywszy na okoliczności. Emma zamierzała pozwać Claudię Willis, znaną malarkę z Noisymount. Tę, która niedawno zmarła. Chodziło o prawa autorskie. Emma przyszła kiedyś do sierocińca, by poprosić mnie o dostęp na poddasze. Szukała swoich starych rysunków. Ona od dziecka lubiła malować. Kiedyś w ramach akcji charytatywnej sierociniec odwiedziła jeszcze nie tak bardzo znana wtedy Claudia Willis, by uczyć dzieci malować. Emma twierdziła, że pani Willis pochwaliła jej prace. Opowiedziała mi o szoku, jakiego doznała, gdy po latach, jak opuściła sierociniec, zauważyła na wystawie obrazy bliźniaczo podobne do tych, które namalowała w dzieciństwie. Były one podpisane imieniem Claudii Willis, wówczas już uznanej artystki. Emma czuła się oszukana. Mieszkała w brudnej dzielnicy, ledwo wiążąc koniec z końcem, podczas gdy Claudia zdobyła sławę i pieniądze, wykorzystując do tego bez pozwolenia szkice sieroty. Powiedziała mi, że rozmawiała z panią Willis, i chciała się z nią widzieć w sądzie. Szukała dowodów. Nie wiem, czy coś znalazła. Zresztą przestało to mieć znaczenie, gdy Claudia Willis zmarła. A teraz odeszła Emma, w tak brutalny sposób… Śmierć zabiera każdego, nie patrząc na majętność – objaśniła wyczerpująco pani Doyle.
Arnold westchnął.
- Czyli nic nie mamy. Jedyna osoba mająca jakiś motyw zmarła przed Emmą. Peter Willis z kolei ma alibi. W tym czasie był obecny na aukcji, sprzedając obrazy swojej żony. No nic, dziękujemy za informacje.
Obaj policjanci zmierzali do wyjścia, lecz pani Doyle sobie coś przypomniała.
- Pamiętam jednego mężczyznę. Gdy ostatnim razem, za jej życia, odwiedzałam Emmę, z jej mieszkania wychodził jakiś wytatuowany facet. Wyglądał na Azjatę. Nie pytałam Emmy, kto to był. Nie chciałam, by pomyślała, że chcę ingerować w jej życie prywatne. Może źle zrobiłam?
- Pani Doyle, proszę się nie obwiniać – uspokoił kobietę Bolbao. – Czy pamięta pani coś jeszcze? Co przedstawiał tatuaż tego człowieka?
- Nie pamiętam. Pamiętam… że miał kolczyki.
Funkcjonariusze spojrzeli po sobie.

cdn.

Data dodania2022-10-04 17:48
KategoriaRóżne
AutorSprytus

O autorze Wszystkie opowiadania

Komentarze

(Komentarze mogą dodawać jedynie zalogowani użytkownicy)

Brak komentarzy
Portal z poezją Pisze wiersze