Serwis www.piszewiersze.pl używa plików Cookies w celu ułatwienia korzystania z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest w po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji znajduje się w Regulaminie. Zamknij

Rejestracja konta

Login
E-mail
Hasło
Powtóz hasło

Ostatnio dodane wiersze

Rozmawiałem dzi...2022-11-26 12:02
Miłośnie 72022-11-26 09:09
ZBAWIENNA MODLITWA2022-11-25 22:34
Czuję2022-11-25 22:19
Piękna dama 342022-11-25 19:23
Dziobak2022-11-25 18:56
Wodorosty2022-11-25 18:55
Miłośnie 62022-11-25 11:36
Ty i ja (brachy...2022-11-25 11:25
Filozoficznie 442022-11-25 11:22
A propos Mundia...2022-11-25 11:22
Piękna dama 332022-11-25 09:43
Niezapomniane2022-11-25 05:27
Bądź2022-11-25 03:00
Strach czy spok...2022-11-25 01:49

więcej

Ostatnio dodane opowiadania

Nauka jazdy2022-11-22 15:39
Wspaniały przywilej (i...2022-11-11 18:36
NALOT2022-11-06 12:14
STRACH2022-11-06 12:14
Pożegnanie2022-11-03 11:30

więcej

Najlepsze w tym miesiącu

Kochaj dziś2022-11-02 20:55:57140
TYLKO TYLE2022-11-06 12:16:12110
Sposób na zimę 2022-11-09 12:14:09110
CZAS2022-11-03 17:27:56100
Mężczyźni2022-11-02 20:21:27100
Tylko w wierszach2022-11-02 17:21:54100
od i do i2022-11-10 20:12:01100
Ty też 2022-11-14 09:39:48100
Zmysłowość2022-11-05 09:42:20100
KOT (brachykolon)2022-11-07 23:11:19100

więcej

Martwa natura (albo: Kapitan Bolbao i śmierć artystki) część II


ciąg dalszy

Arnold na widok skośnookiego faceta w skórzanej kurtce wyraźnie się uśmiechnął.
- Dzień dobry. Pamiętasz skład dzidy bojowej?
Na twarzy ochroniarza wystąpiło coś w rodzaju lekkiego przerażenia.
- Nic nie mówcie. Możecie wejść – powiedział pospiesznie, nie przestając robić wielkich oczu.
- Wielkie dzięki z prawej ręki – odparł na to kapitan, i zapiekło go ramię.

W obskurnym mieszkanku, funkcjonariuszy czekała kolejna znana twarz. Młody mężczyzna o wyglądzie podrzędnego gangstera spod więziennej celi ubrany w fartuch rozsypywał na blat biały proszek. Ujrzawszy policjantów, odruchowo podniósł nieco ręce.
- Spokojnie, to tylko mąka – oświadczył.
- Chao Zheng, znowu się widzimy. I nadal masz syf w domu – przywitał się sierżant Sailor.
Zheng nie pozostał mu dłużny.
- Panowie policjanci, znowu się widzimy. I nadal szukacie w złym miejscu. Dobrze że nie mam marihuany, bo wszystko wylądowałoby w waszej kieszeni.
- Widzę, że wciąż nosisz kolczyki. Masz może również jakiś tatuaż? – kontynuował Arnold.
- Ani jedno ani drugie nie jest nielegalne. Żeby obejrzeć moje ciało, będziesz musiał załatwić sobie nakaz rewizji. Inaczej nie dowiesz się, czy nie wydziarałem sobie gdzieś twojej matki.
Bolbao chrząknął.
- Widziano cię u Emmy Hamilton. Mamy świadka.
Zheng wzruszył ramionami.
- Nie zaprzeczam. Byłem u niej dwa razy w interesach.
Policjanci patrzyli na niego, a on patrzył na policjantów. W końcu sierżant przerwał milczenie, uznawszy, że Zheng przyzwyczaił się do obecności mundurowych na tyle, by przestać się odzywać będąc niepytanym.
- W jakich interesach? Chyba nie sprzedawałeś jej mąki?
- Pożyczyłem jej kiedyś nieco pieniążków. Potem chciałem zwrotu. Oddała mi z odsetkami. Koniec historii.
Kapitan tymczasem skończył rozglądać się po pomieszczeniu.
- Ładny obraz – zauważył. – Skąd go masz?
Zheng podrapał się po głowie, mając minę przyłapanego na czymś dziecka. Miał teraz trochę mąki we włosach.
- Powiem wam, ale nie mówcie nikomu z moich klientów, okej? Znają mnie z powiedzenia, że mała gaża mnie obraża. Brakowało jej trochę do spłaty. To była taka miła dziewczyna, zupełnie jakby spoza Mortfields. Przymknąłem na to oko, i wziąłem obraz. Ładnie maluje, nie?
Arnold spojrzał badawczo Zhengowi w oczy.
- Malowała. Nie żyje.
Chiński imigrant powoli pokiwał głową.
- To dlatego tu jesteście. Pewnie zamordował ją jakiś murzyn. Ostatnio tak mówiłem, i co? i miałem rację.
- Jeżeli nie masz pod ręką fotki z fotoradaru zrobionej w czasie zgonu Emmy Hamilton, może być niewesoło – oznajmił Arnold, nawiązując do sprawy sprzed ponad trzech miesięcy.
- O której godzinie mowa?
- Między dwunastą a trzynastą.
Zheng się uśmiechnął.
- Pokażę wam coś.
Zrobił ruch ręką, sugerując, by policjanci podążyli za nim. Pokoik sypialny wyglądał jeszcze gorzej niż reszta.
- Momencik… tak, tak… dokładnie… od dziesiątej do czternastej nagrywałem lajwa.
Sierżant spojrzał w monitor komputera. Na ekranie widoczna była uruchomiona gra wideo, i grający w nią Chao Zheng. Była to archiwalna transmisja nadawana na żywo w godzinach, w jakich Chińczyk wskazał. Bolbao poprzewijał nagranie. Zheng był na nim cały czas obecny.
- Mogłeś to nagrać wcześniej, a potem opublikować – ocenił. Jak się okazało, błędnie.
- To jest gra multiplayer. Rozgrywki z żywymi graczami na serwerze. W lewym górnym rogu macie czas. Mecze rozgrywane są jak w e-sporcie, tego nie da się oszukać. Posłuchajcie sobie, rozmawiałem z innymi graczami na czacie głosowym. Inni też to nagrywali.
Sierżant Sailor i kapitan Bolbao nie wiedzieli, co na to odpowiedzieć.

***

Jeremy zbił pionka wieżą, jak mu poradził siedzący obok Ruffin. Bolbao odpowiedział na to zbiciem wieży koniem.
- Odsłonił króla. Mamy go w garści – skomentował grabarz.
Kapitan sięgnął po kufel z piwem. Poczuł pieczenie w prawym ramieniu.
- Nie wiem, co myśleć o sprawie tej młodej malarki. Kompletna pustać.
- Ja obstawiam Chińczyka. Oni się znają na elektronice. Twój ruch.
Kapitan pochylił się nad szachownicą.
- Zbliża się mat.
Ruffin uderzył się dłonią w czoło.
- Że też tego nie zauważyliśmy.
Jeremy podał dłoń kapitanowi w geście uznania. Henry nie chciał zrobić mu przykrości, więc podał mu rękę, choć spowodowało to kolejny piekący ból.
Ruffin dodał:
- Facet jest ranny i myśli nad sprawą morderstwa, a i tak wygrywa w szachy z nami obydwoma.
Jeremy sprawiał wrażenie, jakby wręcz oczekiwał tej porażki.
- Obiecałem, że jeśli przegram, pokażę coś fajnego. Oto trik, jakiego nauczyłem psa – powiedział chłopak, i zagwizdał.
Kundel wabił się Toto. Nazwę tę zawdzięczał Ruffinowi, który ujrzawszy po raz pierwszy przybłędę, skomentował:
- Dziwne toto.
Jeremy stanął nad nim, po czym rozłożył ręce.
- Toto, leżeć!
Pies upadł jak martwy. Ruffin się zaśmiał.
- Nauczył się tej pozycji od moich klientów. Czasem przypatruje mi się przy pracy na nekropolii.
Bolbao się nie śmiał. Wstał od stolika szachowego, i ruszył do wyjścia, rzucając za sobą:
- Zaraz wrócę. Czekajcie na mnie na cmentarzu.

***

Jeremy Hay i jego pracodawca czekali w ustalonym miejscu. W końcu przyjechał kapitan.
- Macie łopaty?
- Zaraz przyniosę – zaoferował się Jeremy, i pognał do szopy.
Ruffin podrapał się po głowie, czekając na wyjaśnienia.
- Sprawdziłem, który lekarz wystawił akt zgonu Claudii Willis – doczekał się.
- Pewnie jej mąż – odparł.
- Zgadza się.
- Cóż w tym zaskakującego?
- Nic. Chciałem się upewnić. Powiedzieliście w szpitalu, że pogrzeb nastąpił bardzo szybko od śmierci, oraz że Peter Willis zatroszczył się o wiele spraw z nim związanych. Dodałeś, iż wyjeżdża wkrótce za granicę, i to ponoć z jakąś kobietą.
- Owszem. Wciąż jednak nic z tego nie rozumiem.
- Claudia Willis miała motyw. Groził jej proces sądowy, a wyrok mógł zniszczyć jej karierę. O uznanej malarce dowiedziano by się jako o oszustce i plagiatorce. Na przeszkodzie stała Emma Hamilton, biedna dziewczyna z Mortfields. Jak pani Willis mogła uratować swoją karierę? Mogła wykraść dowody, lecz co jeśli były one strzeżone przez pannę Hamilton? Musiałaby ją zamordować. Wówczas jednak stałaby się podejrzaną. Musiała więc zapewnić sobie alibi. Do tego potrzebowała czyjejś pomocy, a konkretnie jej małżonka.
- Momencik, Henry. Jeśli sugerujesz, że pochowałem manekina, to się mylisz.
Bolbao pokręcił głową.
- Powiedz, Ebenezerze, jak długo potrafi ktoś przeżyć będąc pochowanym żywcem?
Ruffin stał oniemiały.
- Myślę, że nie dłużej niż dobę – wydusił w końcu z siebie.
- Wystarczyłoby. Jako iż Peter Willis zajmował się wieloma rzeczami związanymi z ‘pogrzebem’, łatwo było to zaaranżować. Wpierw oczywiście wystawił fałszywy akt zgonu. Po pochówku przybył, aby wykopać żonę, której śmierć razem upozorowali. Ta zamordowała następnie Emmę Hamilton, zabrała dowody, i teraz oboje razem próbują wyjechać za granicę. Ponoć Willis ma wyjechać za granicę z jakąś kobietą. Jego żona mogła zmienić fryzurę, wygląd, i unikać miejsc publicznych.
Przybiegł Jeremy z narzędziami.
- Przyniosłem dwa szpadle, bo pan, panie kapitanie, nie będzie chyba kopał? W końcu jest pan postrzelony… Przepraszam, źle to ująłem.
- W porządku – uśmiechnął się Bolbao. – Jeśli się nie mylę, trumna jest pusta. Świeżo kopana przez osiłka Willisa ziemia nie zwróciłaby waszej uwagi, bo przecież niedawno była i tak kopana przez was. W dodatku są teraz deszczowe dni.
Z chmury nad ich trzema, jak na zawołanie, zaczęło właśnie kropić.
- Potraktuj to jako prośbę nie do odrzucenia – powiedział kapitan do Ruffina.
Grabarz pierwszy wpił szpadel w glebę.

Kapitan zaglądał sobie pod bandaż, gdy Ebenezer Ruffin i Jeremy Hay czynili coś zupełnie odwrotnego od zazwyczaj wykonywanej pracy – odkopywali ciało. Wszystkiemu przyglądał się Toto, uprzednio usiadłszy przy policjancie.
- Jesteśmy przy wieku – zrelacjonował Ruffin.
Po jakimś czasie zabrali się za otwarcie trumny. Drewno skrzypnęło, i ukazało blade ciało kobiety. Ruffin otarł z czoła pot zmieszany z kropelkami deszczu. Bolbao stał przez chwilę w milczeniu, którym jak gdyby ogłaszał swoją porażkę.
- Przepraszam was, pomyliłem się – powiedział, i ruszył zrezygnowany z powrotem do samochodu.
Ruffin podniósł szpadel.
- Jeremy, dam ci dobrą radę: jeżeli ktoś złoży ci propozycję nie do odrzucenia, odmów.

Kundel grabarza zasnął przy swoim panu, gdy ten kończył ze swoim pracownikiem z powrotem zakopywać mogiłę. Nagle dało się słyszeć dźwięk samochodu. To był kapitan. Ruffin zdziwił się kolejnym przybyciem Bolbao.
- Mam inną teorię! – zawołał z oddali policjant. – Musicie znowu wykopać trumnę!
Grabarz spojrzał na chłopca.
- Powinien był chyba zostać w szpitalu – rzucił, by następnie odpowiedzieć kapitanowi. – Jeżeli i ta się nie sprawdzi, zapłacisz nam za fatygę!

***

Galeria wypełniona była ludźmi po brzegi. Peter Willis siedział z boku i przyglądał się prezentacji obrazów swojej żony, które oddał instytucji. Obok niego siedziała blondynka w ciemnych okularach. Kątem oka Willis zauważył nowo przybyłe osoby, w tym dwóch funkcjonariuszy policji. Zbliżali się do niego.
- Kapitan Henry Bolbao, policja z Casseroles – przedstawił się brodaty jegomość. – Panie Willis, jest pan aresztowany za morderstwo.
Mężczyzna wstał z wrażenia.
- Dajcie mi już spokój, nie zabiłem tej kobiety! Już mówiłem, że byłem wtedy na aukcji. Wiele osób może to potwierdzić – mówił.
- Owszem, nie zamordował pan Emmy Hamilton – odparł na to kapitan. – Natomiast zamordował pan swoją żonę, Claudię Willis.
- Claudia zmarła na zawał serca – oponował lekarz.
- Taki akt zgonu pan wystawił. Natomiast po zbadaniu jej przez innego lekarza przed chwilą, okazało się, że przyczyną śmierci była asfiksja, to jest stan niedoboru tlenowego w organizmie.
Na te słowa Willis się jakby nieco uspokoił.
- Skoro tak, to czemu powiedział pan, że ją zamordowałem?
- Ponieważ patolog obliczył czas zgonu na godzinę między piętnastą a szesnastą trzydzieści dzisiaj. Wówczas pańska żona leżała ponoć już od dłuższego czasu pod ziemią. Claudia chciała zapewnić sobie nietypowe fałszywe alibi - mianowicie bycie martwą. Wystawił jej pan akt zgonu, a następnie została pochowana. Wykopał ją pan zgodnie z planem, i pewnie wrzucił jakieś sztuczne kości. Claudia zamordowała Emmę Hamilton, i zniszczyła dowody plagiatu. Wolała najwyraźniej zostać uznana za zmarłą niż za plagiatorkę. Według planu miała zmienić swój wygląd, i razem mieliście wyjechać za granicę. Tutaj jednak nastąpiło coś, czego pańska żona się nie spodziewała. Skoro była już uznana za zmarłą, pomyślał pan, że jej zamordowanie ujdzie panu na sucho. Udusił pan ją, a następnie z powrotem zakopał. Spodziewał się pan, że będziemy badać tę sprawę, zwłaszcza że policja już z panem wcześniej rozmawiała. Gdybyśmy w odkopanym dziś grobie znaleźli kości, i to w dodatku sztuczne, natychmiast połączylibyśmy fakty. Dlatego też pańska żona została zakopana dwukrotnie - pierwszy raz żywcem, drugi raz będąc martwą. Pan tymczasem sprzedał jej obrazy, i wraz z kochanką – tu kapitan zerknął na siedzącą obok blondynkę w ciemnych okularach – chcieliście wyjechać za granicę.
Willis obejrzał się wokół siebie, ale nie miał jak uciec.
- Sierżancie, kajdanki.

Henry i Ebenezer stali w galerii, oglądając wiszące malowidło.
- Już wiem, co mi się nie podoba w jej obrazach – rzekł Ruffin, nie odrywając wzroku od pejzażu.
- Co takiego?
- Są martwe. Brakuje w nich serca. Zupełnie jak brakowało go w ich autorce.
- Lakoniczna recenzja – skomentował Bolbao.
- Ale pochodząca od eksperta.
- Od sztuki? – zdziwił się policjant.
Grabarz pokręcił głową.
- Od śmierci – odparł.

Data dodania2022-10-04 17:49
KategoriaRóżne
AutorSprytus

O autorze Wszystkie opowiadania

Komentarze

(Komentarze mogą dodawać jedynie zalogowani użytkownicy)

Brak komentarzy
Portal z poezją Pisze wiersze