Serwis www.piszewiersze.pl używa plików Cookies w celu ułatwienia korzystania z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest w po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji znajduje się w Regulaminie. Zamknij

Rejestracja konta

Login
E-mail
Hasło
Powtóz hasło

Ostatnio dodane wiersze

Miłośnie 162023-02-04 15:47
Pretensje do Boga2023-02-04 15:07
Esensja życia2023-02-04 13:04
Kolory życia 2023-02-04 12:11
Piękna dama 522023-02-04 08:52
Grażynka2023-02-04 04:20
Małgosia2023-02-04 03:59
Piękne wspomnie...2023-02-03 22:39
5002023-02-03 22:04
SŁUSZNY ODPOCZYNEK2023-02-03 21:15
Irka2023-02-03 20:45
Być inną2023-02-03 18:46
Mafijne wyjście...2023-02-03 18:34
Coś w sercu2023-02-03 18:08
Ocalenie2023-02-03 18:07

więcej

Ostatnio dodane opowiadania

Ostatnia wola Benjamin...2023-02-04 12:32
Ludzie nie znikają (al...2023-01-23 18:13
Prawdziwa historia z ż...2023-01-23 18:04
Prawdziwa historia z ż...2023-01-23 17:48
Prawdziwa historia z ż...2023-01-23 12:01

więcej

Najlepsze w tym miesiącu

Pół kilo w dwa ...2023-02-01 11:58:5290
Miłośnie 152023-02-03 09:08:2180
Chwytając Twe d...2023-02-01 00:20:2880
27.01.20232023-02-01 13:29:3570
Tylko tu2023-02-01 05:10:2570
Mój list do Cie...2023-02-01 23:09:3270
Aforyzm2023-02-01 14:40:4870
Styczniowe prze...2023-02-01 00:52:4270
Gdy nadszedł te...2023-02-01 00:25:5770
Zamyślenia2023-02-02 12:14:1060

więcej

Przygody pana Salcesonika


Pan Salcesonik był bohaterem, ale przez całe swoje życie o tym nie wiedział. Od najmłodszych lat jego marzeniem było zostać Łowcą Potworów, to znaczy: ubijać na zlecenie zagrażające ludzkości istoty, ludzkości owej tym sposobem służąc. Oczywiście towarzyszyć tym przygodom miały wielkie wrażenia, spazmy i pląsy, torsje i konwulsje, paroksyzmy w afekcie, szlagi, tany, apopleksje, febry, drygi, ambarasy, ferwory i kołomyje. Rzeczywistość okazała się być jednak zgoła odmienną…

Pierwsze zlecenie pana Salcesonika

Miasto Morogh przykrył całun jesiennej mgły. Nasz bohater lubił mgłę, bowiem zakrywając rzeczy spodziewane i oczywiste, dawała szansę na ukrycie się w przestrzeni czegoś nieznanego. Gdyby ją wciągnąć odkurzaczem niczym warstwę kurzu, wszystko stanowiłoby powszedni obraz, na który zobojętniałe oczy nie zwróciłyby żadnej większej uwagi. Tymczasem biała enigmatyczna zasłona sprawiała, iż – paradoksalnie – oczy wpatrywały się w to, czego nie widać, i co nie istnieje, poza rozbudzoną w ten sposób wyobraźnią. Nadawała tym samym świeżości znajomym krajobrazom, że nawet wysoki budynek baru Ulryka otulony był w tajemniczość.

Powiało lekkim chłodem, jak gdyby zbliżająca się w oddali zima uprzednio zasłoniła świat mgłą niczym zasłoną dymną, by zakraść się niepostrzeżenie do Morogh. Już wkrótce tuman rozlanego w powietrzu mleka zastąpić miała prósząca z nieba biel. Zimy w tych stronach nie oszczędzały nikogo, i w najbardziej mroźnych okresach śnieżyły nawet telewizory.

Otwarcie drzwi do baru przyniosło Salcesonikowi powiew ciepła i zapachu piwa. W środku stali bywalcy zamieniali papier na szkło, mając na nie niepojęte dla abstynenta parcie, ale była to dla nich pewna szklana pułapka. Co jakiś czas ktoś krzyczał „zdrowia!”, i wlewał w siebie truciznę; drugi wtórował mu: „do dna!”, i tam właśnie zmierzał, psując się od głowy jak ryby, i nucąc kołysankę dla sumienia. Prócz piromanów wątroby, znajdowały się tu również osoby o źrenicach rozszerzonych bynajmniej nie na wskutek rozumianej dosłownie ciemności. Każda z nich aplikowała niczym garść soli w ranę swojej głowy proszek do brania, będący proszkiem do prania mózgu. Gustowali w różnych rzeczach, od amfetaminy, przez heroinę, po lekturę ‘Sklepów cynamonowych’ Brunona Schulza. Toteż nagle któryś z nich padł z hukiem na posadzkę. Drugi nachylił się ku niemu.
- Czy jest na sali lekarz? – zapytał, i odpowiedziała mu głucha cisza. Przez chwilę próbował ocucić kolegę, po czym wysłał w eter:
- Czy jest na sali grabarz?
W takich to obskurnych okolicznościach przyszło naszemu bohaterowi otrzymać pierwsze zlecenie. Zaczęło się od pytania rzuconego przezeń w stronę właściciela baru i jego rozmówcy, tutejszego pracownika budowy.
- Jak się panowie mają?
- Ładne popołudnie, dodaję je do ulubionych – odparł Ulryk, wycierając kufel. – Wszędzie jest taka atmosfera, jak u mojego kuzyna w pracy.
Kuzyn Ulryka był grabarzem, ale dzisiaj akurat miał wolne, przez co ciało narkomana wciąż leżało na środku knajpy.
- Ty to potrafisz się cieszyć z rzeczy, na które inni nie zwracają uwagi – raczył skomentować powyższą wypowiedź siedzący naprzeciwko klient Stefan.
- Nigdy nie dostrzegamy skarbu, który mamy zawsze przed oczyma. Nos - dzięki niemu oddychasz – orzekł pan Salcesonik, będący dzisiaj w ‘filozoficznym’ nastroju.
- W takiej mgle i tak go nie widać – zwrócił uwagę Stefan.
- Ja o nim właśnie przed chwilą pomyślałem, bo zauważyłem, że go nie zauważam. Stefanie, wyglądasz blado. Czy to też przez mgłę?
Klient popatrzył wpierw na Ulryka, a następnie na Salcesonika.
- Znów go widziałem.
Zapanowała cisza, jak po zgonie kokainisty kilka chwil temu.
- Kogo? – zapytał pan Salcesonik.
- Potwora – oznajmił Stefan z powagą i przestrachem.
Właściciel lokalu pokręcił głową.
- Mówiłem ci, żebyś o tym milczał. Odstraszasz mi klientów.
- Prawda jest ważniejsza niż twój interes. Aby ostrzec innych, warto go poświęcić – mówił ożywiony budowlaniec.
To ponownie uruchomiło u naszego bohatera ‘filozoficzny’ ton.
- Życie to pasmo poświęceń, jak napisał generał Huldrych, który poświęcił tysiące istnień dla awansu – rzucił, i chwycił swój kufel. – Opowiedz mi więcej o tym potworze, bom ciekaw.
- Halucynacje alkoholowe – wtrącił Ulryk.
Stefan pokręcił głową.
- O nie, na początku też tak myślałem. Ale gdy wczoraj wychodziłem z baru, pomyślałem sobie: hah, spojrzę do góry, i tam go nie będzie, wtedy się uspokoję. W ten sposób dodałem sobie pewności, a gdy uniosłem głowę, ujrzałem go stojącego na dachu tego budynku. Patrzył na mnie. Zawołałem Ulryka…
- …i niczego tam nie było – skwitował barman.
- Bo zanim przyszedłeś, to zdążył uciec. Możecie myśleć, że się upiłem i mam majaki. Nie mam, i mówię wam, że aż się boję stąd wychodzić.
Gospodarz zignorował tę wypowiedź, i skierował się do Salcesonika.
- Nie mów, proszę, o tym nikomu. Przez tego typu bajdurzenie stracę klientów.
- A jak kogoś zaatakuje? – żachnął się Stefan. – Wtedy dopiero stracisz klientów, bo wszyscy się dowiedzą, że nie dopilnowałeś baru i pozwoliłeś biegać temu czemuś…
- No właśnie: czemu? Nic o żadnym ‘czymś biegającym’ nie wiem. Wiem tylko, że ty uważasz, iż po Morogh biega jakiś potwór. Jak coś zobaczę, to wtedy pomyślę, co z tym zrobić. Póki co, żaden potwór mi nie przeszkadza, przeszkadza mi wyłącznie twoja gadka o jakimś potworze.
- Jak ja mam tu w spokoju pić, jak gdy wyjdę, może mnie to rozszarpać?! – burzył się klient, a rozmowa coraz bardziej przekształcała się w kłótnię. – Nie po to przychodzę tu po ciężkiej dniówce na budowie, żeby się zamartwiać tajemniczymi istotami. Jak nic z tym nie zrobisz, rozpowiem wszystkim!
Kilka osób, co bardziej trzeźwych, skierowało swoje spojrzenia w stronę rozmówców.
Pan Salcesonik podniósł rękę w geście nakazu stopu.
- Spokojnie, panowie. Mówienie nie rozwiąże problemu. Liczą się czyny, a nie słowa, jak mawiał mój wujek, bezrobotny filozof.
- Co zatem sugerujesz? – ochłonął Ulryk.
- Wyjdę razem ze Stefanem, i zobaczę, czy się coś pojawi.

Nastał wieczór, a mleczna powłoka przestrzeni wciąż trzymała miasto w uścisku. Stefan zazwyczaj opuszczał bar prawie ostatni. Tym razem towarzyszył mu pan Salcesonik. Nagle budowlaniec krzyknął:
- Patrzcie! Patrzcie! I co, wierzycie mi teraz?!
Po chwili z baru wybiegł Ulryk.
- Nic nie widać – zauważył.
- Spóźniłeś się – odparł spokojnym tonem Salcesonik. – Duża futrzasta istota z dwoma kłami. Bardzo szybka i zwinna.
- Tylko czemu się tu pojawia? Może wyhodowała ją konkurencja? – zastanawiał się gospodarz knajpy, nie przestając być zaskoczonym. – Salcesoniku, zrób coś, żeby ta bestia nie przychodziła. Zabij, złap, cokolwiek! Tylko po cichu, bo plotka się rozniesie po całym mieście, i nikt już tu nie przyjdzie. Rzecz jasna, zapłacę.
Salcesonik zakasał rękawy, mając w myślach domowej roboty kuszę, jaką trzymał w szafie razem z przedwojennym hugokopterem.

Drugiego wieczora było przejrzyściej, ale za to chłodniej. Samozwańczy Łowca Potworów myślał przeto o ciepłym futrze, w jaki się ubierze, gdy już ubije skaczącą po dachach Bestię. Jak na zawołanie, pazurzasta figura pojawiła się na muszce jego kuszy, opartej o dachówkę spadzistego szczytu budynku z naprzeciwka. Była jednak zbyt szybka i zwinna, aby dało się ją namierzyć i ustrzelić. Do uszu snajpera doszło wołanie Stefana, i wszystko powtórzyło się, jak dobę wcześniej. Wygląd Potwora-akrobaty nie pasował do żadnej konkretnej kryptydy, o jakich Salcesonik czytał w Morogiańskiej Bibliotece. Aby jednak ułatwić czytelnikowi jego wyobrażenie, napomknę jeno, iż miał w sobie coś z bawełniaka, husznwinda, piaszczura, szadoka, czerwiaka, ropuchonia, żaba, kujca, grzybiornicy i bagiennej róży. Pognał prędko na północny zachód, skacząc z dachu knajpy na dach sąsiedni, a jego ruchy stanowiły maestrię parkouru. W końcu zniknął we mgle.
- Nie będzie łatwo – powiedział kusznik do siebie, lecz nie zamierzał rezygnować, było to bowiem jego pierwsze poważne zlecenie.

Trzeciego wieczora wszystko było już przygotowane. Pułapka na niedźwiedzie z pietyzmem rozstawiona została przy frontowej krawędzi dachu gospody, a Stefan czuwał z toporkiem w ręku, kucnąwszy uprzednio za kominem. Początkowo chciał zabrać ze sobą wiatrówkę, ale Ulryk nie chciał, by ktokolwiek dowiedział się o całej tej dziwnej historii. Uzbrojony w pas shurikenów Salcesonik w przebraniu ninjy leżał na dachu pobliskiej piekarni, wdychając opary z azbestu. Przygotował się jednak na tę okoliczność, zażywając dwie godziny wcześniej antyazbestowy koktajl podług przepisu Związku Komunalnego Gmin Ziemi Lubartowskiej. Obaj czekali długo – wystarczająco długo, by zacząć myśleć.
Skoro milczenie jest złotem, a aforyzmy to złote myśli, to znaczy, że najlepsze myśli nie zostały wypowiedziane? – myślał pan Salcesonik.
Czy z korniszonami smakuje podobnie? – myślał Stefan.
Z oddali dało się słyszeć zbliżające się kroki. Była to biegnąca i skacząca po dachach owa dziwaczna postać. Stefan zacisnął palce na trzonku siekiery, a Salcesonik sztachnął się azbestowym oparem. Byli gotowi.
Potwór przestał biec, co było sygnałem, iż zauważył pułapkę na niedźwiedzie. Stefan ruszył z siekierą na niego, krzycząc bez powodu coś po rosyjsku. Potwór był ewidentnie zaskoczony: zarówno zasadzką, jak i akcentem Stefana; odcięty od drogi powrotnej przez werbalizującego cyrylicę budowlańca, pognał w kierunku piekarni. Tam Salcesonik miał już przygotowany shuriken w ręce, i gdy tylko obiekt polowania wykonał skok z finezyjnym przewrotem w przód, błyszczące ostrze przeszyło mgłę i opary azbestu, trafiając w rynnę gospody. Brzdęknięcie dało znać Potworowi, że i tutaj ktoś na niego czyha. Ku zaskoczeniu obu łowców, ześliznął się w dół po pionowej rynnie. Salcesonik miał jednak specjalne przyczepne rękawiczki, przez co – choć zajęło mu to nieco dłużej – on także po chwili był już na dole, i biegł sprintem przez zaśmiecone ciasne uliczki. Charakteryzował je tak smrodliwy zapach, iż gdyby Salcesonik był detektywem i usłyszał o jakimś morderstwie, byłoby to pierwsze miejsce do przeszukania w celu znalezienia zwłok. Ponadto przypomniał mu się cytat znanego pisarza: ‘najstarszym i najsilniejszym uczuciem znanym ludzkości jest smród, a najstarszym i najsilniejszym rodzajem smrodu jest smród nieznanego pochodzenia’. Zaraz potem przypomniał mu się jeszcze inny cytat: ‘człowiek to diamentowy brylant otoczony przez ozłocony wisiorek, kwiat róży w ogrodzie magnolii, istota, która bierze przypadkowe słowa i robi z nich pseudointeligentne przenośnie’. Dlaczego akurat taki – nie miał pojęcia.
Pościg miał swoje zwieńczenie w ubogiej kamieniczce, która okazała się dla Potwora ślepym zaułkiem. Futrzasta postać ciężko dyszała.
- Poddaję się… - wysapała stłumionym kobiecym głosem.
- Kim ty w ogóle jesteś? – zapytał pan Salcesonik z kolejnym shurikenem przygotowanym w ręku.
Pazurzaste ręce zdjęły nakrycie głowy, spod którego pojawiła się spocona twarz kobiety.
- Milena, żona Stefana.
- Masz niecodzienne hobby – ocenił Salcesonik w przebraniu ninjy, chowając ostry pocisk z powrotem do paska.
- Robię to dla niego! Bo go kocham, rozumiesz? Ciągle tylko żłopie piwsko z kolegami, zamiast spędzać czas ze mną. Inni by się wystraszyli, ale on nie, siedzi tam godzinami i kaleczy wątrobę.
- Rozumiem twoje przedsięwzięcie, lecz odstraszasz Ulrykowi klientów.
Wuefistka westchnęła i otarła pot z czoła.
- Dobrze. Dogoniłeś mnie, a nie jest to łatwe, bo niegdyś sporo ćwiczyłam… Zawrzyjmy umowę. Nie będę już straszyła po nocach, ale ty spraw, aby mój mąż tyle nie pił.

- No i jak z tą zmorą? – zapytał Ulryk wchodzącego do baru Salcesonika.
- Nie sprzedawaj dużo alkoholu Stefanowi.
- A to niby dlaczego? To mój stały klient.
- Wyjaśnienia są zbędne. Nie dawaj mu więcej niż kufel dziennie, a zobaczysz, że nikt nie będzie ci już skakał po dachu.
- Nie wiem co to za dziwy, ale niech ci będzie. Jeżeli dzisiaj Potwór się nie pojawi, to dam ci zapłatę.
Tak też się stało.

Drugie i trzecie zlecenie pana Salcesonika

Samozwańczy Łowca Potworów (który swoją drogą miał 140 IQ) nie był zadowolony z wyniku pierwszego zlecenia, acz dość prędko na horyzoncie pojawiło się drugie. Starsza pani z okolicznego miasteczka dała ogłoszenie do gazety, że w jej domu dzieje się coś dziwnego, i podejrzewa, że to sprawka niewidzialnego bytu. Nasz bohater udał się tam, i po dłuższej pogawędce z gospodynią przy herbacie i ciastkach, usłyszał tajemnicze skrzypnięcia podłogi. Badał tę sprawę dość długo, bo dźwięki te pojawiały się nieregularnie, i w różnych miejscach. Nie udało mu się znaleźć źródła ich pochodzenia, odwiedzał przeto staruszkę codziennie przez kilka dni. W końcu, przeszukując dokładnie jej mieszkanie, znalazł rozmyślnie poukrywane bezprzewodowe głośniczki oraz nagrania tajemniczych odgłosów. Zarejestrowała je sama staruszka, a treść ogłoszenia była kłamstwem, mającym na celu zwabić kogoś do jej mieszkania, gdyż od lat mieszka samotnie, rodzina jej nie odwiedza, i nie ma z kim porozmawiać. Salcesonik zganił zachowanie starszej pani, jednak nieobrażony, co jakiś czas u niej bawił.

W międzyczasie spotykał się z innymi podróżującymi poszukiwaczami przygód.
- Co ostatnio ubiliście? Ja, Hivnar z Gorymbergii, stoczyłem bój z pięciogłową wyweroną. Była cienka jak barszcz... – mówił jeden. – Sosnowskiego!
- Do mnie przybył sołtys jednej wsi, i poprosił o pomoc w związku z tamtejszymi trzęsieniami ziemi, które poczęły mieć miejsce niedługo po zawaleniu się wejścia do opuszczonej kopalni. Zbadałem podziemia, i odkryłem w nich olbrzyma, któremu burczało w brzuchu z powodu głodu. Po zawaleniu kopalni bowiem żadne zwierzę nie kierowało się w tamtą stronę, i olbrzym nie miał co jeść. Od tego burczenia trzęsła się ziemia. Wkrótce nie był już głodny, ale martwy jak człowiek, który się nie umartwia. Ubiłem go, gdy spał. – snuł opowieść drugi.
Salcesonik słuchał tego ze spuszczoną głową.

Trzecie zlecenie otrzymał od Teresy, zamożnej niepełnosprawnej wdowy z miasta Pieńcaret.
- Witaj w moich, nie ma co ukrywać, dość bogatych progach. Zawołałam cię tu gdyż, podług opisu Leona, robisz wrażenie obieżyświata. Z pewnością przyszło ci poznać wielu ludzi. Widzisz, ja nie mam takiej okazji. Nie mogę chodzić, a Leon, mój sługa, musi stale doglądać ogrodu. Za to ty wiele się przemieszczasz… Przede wszystkim jednak, proszę cię o całkowitą dyskrecję.
- Co mógłbym dla pani zrobić?
- Szukam pewnego mężczyzny. Wraz z ojcem mieszkałam na farmie. Tatko zajmował się rolą, lecz do mnie przemawiała nieco inna roślinność. Zjawili się Hirkici, spalili nasz dom, i stodołę. Mój ojciec spłonął żywcem. Ja leżałam przygnieciona gruzem, nie mogłam się wydostać… wołałam o ratunek, płomienie się zbliżały, a w końcu otoczyły. Myślałam, że zaraz będzie po mnie. I wtedy go zobaczyłam. Stał i się patrzył. Krzyczałam z bólu, kiedy strop miażdżył mi nogi. On się odwrócił, i poszedł. Dzięki Bogu przybyli żołnierze, i wyciągnęli mnie spod desek i kamieni. Byłam wówczas młodą panną, aczkolwiek doskonale pamiętam tamtą twarz. Krzaczaste brwi, niskie czoło, lekki brązowy zarost. Sporządziłam nawet jego rysopis. Oczywiście po latach musiał się postarzeć. Znajdź tego człowieka, dowiedz się gdzie jest, i jak się nazywa, i przyjdź z tym do mnie. Nie omieszkam ci tego dobrze wynagrodzić.
Pan Salcesonik poczuł się jak łowca głów pracujący dla mafii, ale przyjął zlecenie.
- Przynajmniej będę miał o czym opowiedzieć kolegom po fachu – powiedział sobie.
Wędrował po okolicznych farmach, szukając człowieka z rysopisu. W końcu go znalazł – nosił zdecydowanie dłuższą brodę, aniżeli na rysunku. Wypytał dyskretnie miejscowych o jego dane osobowe (nie było tam RODO), i poinformował Teresę o miejscu przebywania owego mężczyzny. Ta dała mu zaliczkę oraz list zaadresowany do tegoż człowieka.
- Zanieś mu go, a dam ci drugie tyle.
Tak też się stało.
- Dziękuję, nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy.
- Nie chcę zabrzmieć, jak ktoś, kto wtrąca się w nieswoje sprawy…
- Już zostałeś wtrącony, przeze mnie. Pytaj, o co chcesz.
- Co było w liście? – zapytał Salcesonik, do którego głowy przychodziła wyłącznie myśl o czymś w rodzaju wezwania sądowego.
Teresa pokazała mu wersję ‘na brudno’.

Drogi Iwo,
nazywam się Teresa, i choć poznaliśmy się z imienia dopiero teraz, to mam w swej pamięci Twoją twarz i, jak przypuszczam, Ty moją również. Jestem już dojrzałą kobietą, zupełnie inną od panienki, którą widziałeś, jak woła o ratunek spod zwalonych gruzów płonącego domu.
Kalectwo nie pozbawiło mnie szczęścia, jakim jest dla mnie pielęgnowanie kwiatów. Z tego co wiem, jesteś farmerem, zatem wiesz, jak ogromną satysfakcję daje obserwowanie dzień po dniu rosnących roślin, przez siebie zasianych, aby potem zebrać owoce pracy.
Wybaczam Ci. Jeśli mogę Cię o coś prosić, to odmów za mnie modlitwę, tak jak ja modliłam się za Ciebie. Znalezienie Cię nie było łatwe, a to ze względu na bezwład w moich nogach. Ale Ty możesz chodzić, przyjdź więc do mnie, serdecznie zapraszam do swego domu, zobaczysz mój wspaniały ogród.
Wszystkiego dobrego. Pozdrawiam w Chrystusie.
Teresa.

Czwarte zlecenie pana Salcesonika

O zniknięciu księżniczki Fermitty było głośno w całym królestwie, gdyż wówczas istniał jeszcze Internet. Plotki głosiły o porwaniu królewny przez smoka i zamknięciu w opuszczonej wieży na północy. Pan Salcesonik stwierdził, że to okazja w sam raz dla niego, i byłby zadowolony nawet, gdyby księżniczka nie zauważyła swego porwania, uwięzienia, walki i ratowania z powodu bezustannego obsługiwania smartfonu.
- Wreszcie coś ubiję! – zawołał radośnie (a było przedwiośnie).
Wyruszył więc do króla i zaoferował swoją pomoc, ku zdumieniu wszystkich z powodu jego odwagi. Uzbrojony w superlaser oraz nową generację shurikenów, odbył długą podróż w góry.

W końcu dotarł do wieży. Jak się okazało, była zaryglowana od środka. Superlaser był opracowany z myślą o potworach, na drzwiach nie robił więc najmniejszego uszczerbku. Drzwi balkonowe były jednak otwarte, toteż nasz bohater skonstruował prowizoryczną drabinę, i już miał się zacząć wspinać, gdy delikatna dłoń ją odepchnęła.
- Czego chcesz?! – krzyknęła księżniczka.
- Przybyłem, żeby cię uratować! – zawołał pan Salcesonik.
- Tak? Po to bym ci miała potem sprzątać i prać?! Nie ma mowy!
Salcesonik podrapał się po głowie.
- Nic ci nie zagraża?
- Nie, sama się tu zamknęłam, by mieć spokój od wszelkich bohaterów, rycerzy i królewiczów!
Salcesonik podrapał się po głowie drugą ręką.
- Odbyłem specjalnie dla ciebie długą i męczącą podróż. Może byś mnie wpuściła, i ugotowała zupy?
- PRECZ! – krzyknęła królewna, i trzasnęła balkonowymi drzwiami.
Salcesonik ponownie podstawił drabinę, lecz ta po chwili znów upadła.
- Spróbuj jeszcze raz, a zrzucę cię, gdy będziesz wysoko! – usłyszał z góry.
Nasz bohater nie wiedział, co począć. Nie znalazł żadnego potwora, ale skoro powiedział królowi, że przyprowadzi jego córkę, nie chciał wracać. W końcu jednak wyruszył tą samą ścieżką, którą przybył.

Fermitta, po tym jak nagrała kolejny odcinek wideobloga, kontynuowała czytanie feministycznej literatury. Nagle zaczęła słyszeć płacz dziecka.
Wydaje mi się – pomyślała. Płacz nie ustępował.
- Gorąco tu – powiedziała do siebie, i uchyliła drzwi na balkon. Płacz był bardziej słyszalny, nie mogło jej się zatem wydawać. Odryglowała drzwi, z trudem podnosząc ciężką metalową zasuwę, i otworzyła je. W ułamku sekundy dostrzegła dwie sylwetki: w leżącym na ziemi koszyku kwiliło małe dziecko, a obok mężczyzna z pasem shurikenów narzucał na nią worek.
Pan Salcesonik dał znać matce, że może już zabrać swoje dziecko, i podziękował jej za pomoc. Następnie przerzucił wór przez ramię, i z szamoczącą się niewiastą w środku, odbył podróż do królewskiego zamku.
- Choćbyś nie wiem, jak bardzo buntowała się przeciwko własnej kobiecości, nie uda ci się zabić w sobie naturalnego ‘instynktu macierzyńskiego’ – powiedział.
- Duszę się! – zawołało dziewczę.
Salcesonik zatrzymał się przeto na moment, by zrobić w worku kilka dziur shurikenem.
- Ała!


Pogrzeb pana Salcesonika

Takich zleceń, jak te podane, było znacznie więcej, ale w żadnym nie spełniło się marzenie naszego bohatera. Podczas gdy Łowcy Potworów rozwieszali trofea i skarby, on nie miał się w tym kontekście czym pochwalić, i tylko słuchał opowieści swoich rówieśników.

W końcu wszyscy oni poumierali, a jako że prowadzili podróżniczy tryb życia, nie było prawie nikogo na ich pogrzebach. Wykonywali swoją robotę, jak na profesjonalistów przystało – ubijali potwory, i dostawali za to pieniądze. Nikt o nich nie pamiętał.

Inaczej jednak było z pogrzebem pana Salcesonika. Przybyło bowiem nań wiele osób, spośród których wymienić można małżeństwo Stefana i Mileny, pewną bardzo starą samotną kobietę, a w końcu samą rodzinę królewską. Jak stwierdzono, pan Salcesonik był największym Łowcą Potworów. Dzięki niemu ubite zostały takie potwory jak pijaństwo, poczucie samotności, czy ideologia feminizmu. Księżniczka Fermitta, teraz spełniająca się żona i matka, była szczególnie wdzięczna za uratowanie jej od tej ostatniej z bestii.

Historia ta wydaje się może głupiutka, ale liczba jej morałów jest wielce duża. Możecie mi zaufać, bo jestem narratorem wszystkowiedzącym. Wymienię kilka. Po pierwsze: IQ nie jest bardzo ważne, bo choć pan Salcesonik miał 140 i wymyślił sposób na uratowanie księżniczki, ja – autor – wymyśliłem ten sposób wcześniej, a mam dużo mniejsze. Nie powinno się przechwalać. Pokora jest kluczem do mądrości. Człowiek uważający siebie za mądrego stoi w miejscu i się nie rozwija. Po drugie: zemsta to podwojenie zbrodni, praktykowaniem wolności jest wybaczenie. Po trzecie: zażywanie twardych narkotyków to droga do śmierci. Po czwarte: miast gonić za marzeniem, należy postępować w tym, cośmy otrzymali, bo Wszechmogący Pan historii wie lepiej, co nam przysłuży, niźli my.

Pan Salcesonik był bohaterem, ale przez całe swoje życie o tym nie wiedział. Dobrze się stało, że nie wiedział, bowiem niewiedza ta uchroniła go przed innym potworem, największym spośród wszystkich potworów: pychą. To jest największy morał ze wszystkich. Koniec.


Data dodania2022-12-27 15:57
KategoriaRóżne
AutorSprytus

O autorze Wszystkie opowiadania

Komentarze

(Komentarze mogą dodawać jedynie zalogowani użytkownicy)

Brak komentarzy
Portal z poezją Pisze wiersze