Serwis www.piszewiersze.pl używa plików Cookies w celu ułatwienia korzystania z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest w po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji znajduje się w Regulaminie. Zamknij

Rejestracja konta

Login
E-mail
Hasło
Powtóz hasło

Ostatnio dodane wiersze

wina2023-02-02 23:12
O Bernadetcie 2023-02-02 22:02
Upadły anioł2023-02-02 21:28
CZYM SIĘ KARMISZ?2023-02-02 18:44
Spotkanie karze...2023-02-02 18:03
Obecność2023-02-02 13:49
Zamyślenia2023-02-02 12:14
Opowieści z pół...2023-02-02 12:01
...2023-02-02 11:33
Takie sobie fra...2023-02-02 11:20
Do Ciebie2023-02-02 11:01
Miłośnie 142023-02-02 09:24
U MAMY2023-02-01 23:30
Mój list do Cie...2023-02-01 23:09
NADZIEJA2023-02-01 22:59

więcej

Ostatnio dodane opowiadania

Ludzie nie znikają (al...2023-01-23 18:13
Prawdziwa historia z ż...2023-01-23 18:04
Prawdziwa historia z ż...2023-01-23 17:48
Prawdziwa historia z ż...2023-01-23 12:01
O tym jak pan Henryk u...2023-01-11 12:33

więcej

Najlepsze w tym miesiącu

Pół kilo w dwa ...2023-02-01 11:58:5280
27.01.20232023-02-01 13:29:3570
Tylko tu2023-02-01 05:10:2570
Mój list do Cie...2023-02-01 23:09:3270
Styczniowe prze...2023-02-01 00:52:4270
Gdy nadszedł te...2023-02-01 00:25:5770
Chwytając Twe d...2023-02-01 00:20:2870
NADZIEJA2023-02-01 22:59:5860
Zamyślenia2023-02-02 12:14:1060
Aforyzm2023-02-01 14:40:4860

więcej

Ludzie nie znikają (albo: Kapitan Bolbao i bracia bliźniacy)


Słońce triumfowało za oknem, ogarniając bezlitośnie swymi promieniami zakamarki domu. Topiący się niemal w skwarze asfalt, lepiące się do spoconego ciała owady i robaczywa ziemia stanowiły nieodzowne elementy lipca w miasteczku Casseroles, a rytm poranka wyznaczało szczekanie psów połączone z niesionymi echem dźwiękami trzepania dywanów.
Mężczyzna przegonił infantylne wspomnienia z czasów, gdy w podobnych warunkach spędzał wakacje przed wieloma laty; czasów dzieciństwa, kiedy to zwykły patyk był czymś więcej aniżeli zwykłym patykiem, służył bowiem za jedyną dostępną dziecku replikę broni palnej; czasów spędzanych razem z siostrzyczką, która nieporadnie jeździła na wrotkach, nazywanych przez niego żartobliwie wywrotkami.
Ospały, w drodze do kuchni, przystanął, by włączyć telewizor. Liczył na to, że może usłyszy coś motywującego. W końcu, jak powiedział do siebie:
- Wczoraj był poniedziałek, i to przez cały dzień!
Dodatkowo ostatnie dni obfitowały w różne niespodziewane wydarzenia, włączając w to piątkową awarię prądu. Natrafił jednak na program, którego określał mianem ‘teledurniej’, a inne kanały informowały o ataku rakietowym na Ukrainie. Kolejne rozczarowanie przyniosło otwarcie lodówki, którą, podobnie jak żołądek mężczyzny, charakteryzowała pustota, jaką unaoczniłoby chyba tylko polskie Pstrąże.
Jego zajmująca się domem małżonka wyjechała na kilka dni do SPA, co wytwarzało w mieszkaniu atmosferę, do której nie zdążył się przyzwyczaić. Przypomniał sobie słowa żony:
- Wszystko już zaplanowałam, dzieci zostaną u mojej siostry. Nie próbuj mnie przekonać do odwołania wyjazdu, bo strzelę na ciebie dużego focha.
Obliczył wtedy w pamięci, że duży foch trwa półtorej doby, i doszedł do wniosku, że w ogólnym rozrachunku mu się to zwyczajnie nie opłaca.
Pogładził się po brodzie. Wyjęty z lodówki ser ozdobiony był pleśnią.
- Nalot na Ukrainie, nalot na serze… a to dopiero początek dnia – skomentował, i ku jego zdziwieniu, rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi.
Otworzywszy je, ujrzał niezbyt elegancko ubraną kobietę.
- Dzień dobry. Pan Henry Bolbao?
- Zgadza się.
- Muszę z panem porozmawiać. Czy mogę wejść?
Nie odpowiadając, zaprosił nieznajomą gestem do środka, i zamknął za nią drzwi. Wyglądała na zmartwioną.
- Proszę usiąść. Napije się pani czegoś? – zapytał, nie mając pewności, czy ma coś do zaoferowania oprócz wody z kranu.
Kobieta, ignorując pytanie, przeszła od razu do rzeczy.
- Nazywam się Alice Miller. Mój mąż został porwany – oznajmiła.
- Dlaczego nie poszła z tym pani na komisariat?
- Porywacze napisali, żebym nie informowała o tym policji, bo inaczej mogę już nigdy nie zobaczyć męża. Nie mam jednak wyboru, bo żądają bardzo dużo pieniędzy, których nie mam. Jestem w zasadzie dość biedna… Pomyślałam, że mogę być obserwowana, więc przyszłam do pańskiego domu.
Henry pogładził swoją brodę po raz drugi w tak krótkim czasie, co oznaczało głębokie zamyślenie.
- Po co ktoś miałby porywać pani męża i żądać okupu, wiedząc, że nie jest pani osobą zamożną?
- Ponieważ brat mojego męża to Dennis Miller – wyjaśniła.
- Prezes firmy meblarskiej Miller and Company?
- Tak. To jego bliźniak, często mu pomagał, w zasadzie przez całe życie. Przynajmniej do pewnego czasu… bo Robert i Dennis są bardzo podobni, ale tylko z wyglądu – powiedziała, i zatrzymała się, jakby w oczekiwaniu na uwagę rozmówcy.
- Proszę mówić dalej.
- Mój mąż pracował u brata, ale ten go wyrzucił. Robert wielokrotnie się spóźniał, nie stawiał się do pracy, albo był pod wpływem alkoholu. Wszystko przez złe towarzystwo. Zadawał się z podejrzanymi typami. Kiedy zaczął zajmować się hazardem, Dennis przestał mu pomagać. I tak wiele dla niego zrobił przez te wszystkie lata. Dał mu pracę, pożyczał mu pieniądze… Ostatnio mój mąż pracował jako zamiatacz ulic. Było to dla niego upokarzające.
- Skoro pani męża porwano w celu pozyskania okupu od jego brata, to dlaczego skontaktowali się z panią, a nie z nim? I skąd pani wie, że to porywacze, a nie jeden porywacz?
Alice Miller wyjęła z torebki kartkę, i wręczyła policjantowi.
- Rozumiem, użyli liczby mnogiej – skomentował. – Faktycznie, żądają sporej sumy.
- Panie Bolbao, myślę, że porywacze napisali do mnie, bo sądzą, że Dennis będzie bardziej skory do zapłaty, gdy będzie go o to prosić biedna bratowa.
- Rozmawiała z nim pani o tym?
Kobieta znów zaczęła grzebać w torebce.
- Ostatni raz widziałam męża, gdy wychodził z domu po pracy, by przeprosić brata i poprosić go znowu o pomoc. Był zadłużony… przez hazard. Miał na sobie dres, jeśli ta informacja w czymś pomoże. Oto jego zdjęcie… Nie wracał, nie było go przez długi czas. Ostatnio nie układało nam się najlepiej, więc początkowo się tym nie martwiłam. W końcu, po jego dłuższej nieobecności, zadzwoniłam do Dennisa, ale on powiedział, że tego dnia Robert do niego nie przyszedł. Sugerował, że pewnie chodzi po spelunach. Miałam wrażenie, że mnie zbywa. Zaczęłam pytać o Roberta znajomych, ale nikt go od tamtej pory nie widział. W końcu, gdy sprawdzałam pocztę, znalazłam niepodpisaną kopertę, a w niej list z żądaniem okupu. Autorzy wskazali miejsce, w którym mają zostać umieszczone pieniądze. Próbowałam się ponownie skontaktować z Dennisem, ale mnie unika. Nie odbiera telefonu, a w firmie sekretarka powiedziała mi, że jest zajęty. Dlatego proszę, aby pan z nim porozmawiał. Pana będzie musiał posłuchać, bo ma pan to coś, co sprawia, że ludzie pana słuchają…
Bolbao miał już podziękować za komplement, gdy pani Miller dodała:
- Mam na myśli odznakę.
- Tak, oczywiście… Udam się do pani szwagra incognito, to znaczy po cywilnemu.

***

Twarz kapitana ochładzał teraz lekki wiaterek. Linie elektryczne bujały się nad nim w tę i we w tę, jak Hatifnatowie do kołysanki z piorunów. Dom Dennisa Millera okazał się być niewysoki niczym burger w sieci fast-food, za to długi jak treść jego składu. Po chwili zadźwięczał charakterystyczny odgłos domofonu.
- Jeśli w sprawach biznesowych, proszę jechać do firmy – zabrzmiał głos szorstko.
- Z tej strony Henry Bolbao, kapitan policji w Casseroles. Musimy porozmawiać.
Ta wypowiedź działała jak hasło, i otwierała Henry’emu niemal wszystkie drzwi. W tych, jak zauważył Bolbao, niedawno wymieniony został zamek.
- Przepraszam za bałagan, robię porządki z dokumentami. Przenoszę je z mieszkania do firmy. Sporo się tego uzbierało przez te wszystkie lata.
Bolbao pokiwał głową.
- Dobrze pan robi. Łączenie życia zawodowego z prywatnym przysparza sporo problemów, o czym wiem z doświadczenia.
- O czym musi pan ze mną porozmawiać?
- O pańskim bracie.
- Co tym razem przeskrobał?
- Został porwany.
Nastała cisza. Miller patrzył w oczy policjanta, jak gdyby próbował z nich wyczytać, czy mówi poważnie. Milczał, zatem kapitan kontynuował:
- Jego małżonka próbowała się w tej sprawie z panem skontaktować.
Miller usiadł za biurkiem.
- Jestem ostatnio mocno zajęty – oznajmił, wskazując na pooznaczany długopisem kalendarz. Detektyw zauważył często pojawiający się napis ‘jogging’. – Ma pan na to jakieś dowody, czy to tylko opinia Alice?
- Przyszedł do niej list z żądaniem okupu. Pan takiego nie otrzymał?
Miller pokręcił głową.
- Nie przypominam sobie…
- Jest to dosyć dziwne, zważywszy na fakt, że pani Alice nie ma dużego majątku, a pański brat, z tego co wiem, jest zadłużony. Tymczasem to do niej porywacze wysłali list, a nie do pana…
- Zaraz, moment… kojarzę jakąś niepodpisaną kopertę. Niepodpisanych rzeczy nie otwieram, od razu takie wyrzucam, tak jak wszelkie ulotki.
Gospodarz sięgnął po kosz na śmieci, i opróżnił go na podłogę. Wygrzebał ze sterty gazetę z nagłówkiem ‘Awaria prądu w całym Casseroles’, po czym potrząsnął nią, aż wypadło z niej kilka ulotek i koperta.
- Znalazłem ją na gazecie pod drzwiami – wytłumaczył, i wręczył ją kapitanowi.
Ten, po jej otwarciu, wyciągnął i obejrzał kartkę, by następnie położyć na biurku.
- Taką samą otrzymała Alice Miller.
Adresat przeczytał treść.
- Dużo sobie życzą – skomentował, i dodał po dłuższej chwili milczenia: – Prawdopodobnie zdziwi pana, co teraz powiem.
Kapitan cierpliwie czekał na zapowiedzianą deklarację.
- Panie Bolbao, będę z panem szczery. Mam dość bycia niańką mojego brata i jego żony. Całe życie im pomagam, a on ciągle wplątuje się w nowe kłopoty. Ile razy mam go z nich wyciągać? Sam się o to prosił, zadając się z kryminalistami. Może mnie pan nazwać człowiekiem bez serca, ale nie zna pan mojej historii. Nie wie pan, ile dla niego zrobiłem. Ile dla niego zniosłem, z ilu rzeczy zrezygnowałem. Wystarczy tych ofiar. Proszę złapać tych przestępców. Ja nie zamierzam płacić.
Kapitan myślał przez moment nad tym, co usłyszał.
- Bez pańskiej pomocy trudno będzie uratować porwanego. Proszę pana w imieniu jego żony, aby zgodził się pan pojechać we wskazane w liście miejsce, i schować pieniądze. Odjedzie pan, a my, to znaczy policja, będziemy obserwować lokację z ukrycia. Gdy porywacze odbiorą pieniądze, będziemy ich śledzić. Zaprowadzą nas do pańskiego brata, a wtedy ich aresztujemy, a pan odzyska swoje pieniądze.
Miller znów milczał. Po chwili jednak zgodził się na propozycję kapitana, aczkolwiek w jego głosie słychać było nutę niechęci.

***

Następny dzień był nieco chłodniejszy. Sierżant Arnold Sailor obserwował z oddali stary dąb przy opuszczonej mleczarni, a był on znacznie cenniejszy od innych dębów, z powodu dużej sumy pieniędzy, jaka została w nim ulokowana. Póki co jednak, nikt nie pojawił się, by je odebrać.
Tymczasem kapitan, wyposażony w odznakę, pistolet i znajomość składu dzidy bojowej, przemierzał obskurną dzielnicę znaną jako Mortfields, z pudełkiem zapałek w kieszeni. Na przedmiocie tym, znalezionym w mieszkaniu przez Alice Miller, a stanowiącym jedyną poszlakę odnośnie miejsca, jakie często odwiedzał jej małżonek, widniało logo knajpy ‘U Starego Pete’a’, znajdującej się właśnie tu.
Jeszcze dobre kilka metrów od wejścia w ubranie kapitana począł wsiąkać papierosowy dym. Źródłem byli zażywający raka doustnie klienci o pasującej do owej dzielnicy aparycji. Policjant podszedł do lady baru, i wyjął rzecz, którą pani Miller określiła ‘czymś, co sprawia, że ludzie go słuchają’. Właściciel na widok odznaki miał wyraźnie skwaszoną minę.
- Dzień dobry. Czy często bywał tu Robert Miller?
- Nie wiem, nie pytam moich klientów o ich dane osobowe.
- Kto mógłby wiedzieć?
- Stary Wilson, on wie wszystko. To ten przy stole do bilardu.
Kapitan obrócił się, i wypatrzył starca, którego pomarszczona twarz wyglądała niczym kilka krzyżujących się ze sobą wydm. Podszedł do niego.
- Kapitan Bolbao, policja. Czy zna pan Roberta Millera?
- Znam wszystkich, i wiem o nich chyba wszystko – odparł Wilson.
- Często tu bywał?
- Kto?
- Robert Miller.
- Pewnie. Spotykał się z chłopakami na zapleczu, grali tam w pokerka.
- Jak się nazywali?
- Kto taki?
- Ci ‘chłopcy’, z którymi grał.
- Ale kto grał? W ogóle to kim pan jest?
Detektywowi przemknęła przez głowę myśl, że facet może robić sobie z niego żarty.
- Henry Bolbao, policja, powiedział pan, że Robert Miller grywał tu często w pokera. Chciałbym wiedzieć, z jakimi ludźmi się spotykał – powtórzył, wyraźnie akcentując każde słowo.
- Nie znam żadnego Bolbao.
- Bolbao to ja, chcę wiedzieć, z kim utrzymywał kontakty… nieważne.
Funkcjonariusz rozejrzał się po spelunie, i ze zdziwieniem skonstatował, że średnia wieku jego klientów była bardzo wysoka, jak gdyby w sąsiedztwie baru ulokowany był dom seniora. Podszedł do siedzącego z kuflem piwa mężczyzny, który wyglądał, jakby tu mieszkał.
- Kapitan Henry Bolbao, policja. Podobno często toczą się tu pokerowe rozgrywki.
Facet mrużył oczy, jakby chciał odczytać z ruchu warg policjanta, co do niego mówi.
- Nie, nie szukam żadnej rozrywki! – odparł.
Bolbao podniósł zatem głos:
- Zna pan kolegów Roberta Millera?!
- Osobiście nie! Ale wiem, jak wyglądają! Jeden jest rudy, i mówią na niego Rudy! Drugi to Hamlet, trzeci Szekspir!
- Gdzie mogę ich znaleźć?!
- Nie wiem, pewnie w więzieniu! Ostatnio coś planowali!
- Razem z Millerem?
- Nie, nie mamy migreny! Mamy mocną głowę, he he.
Bolbao podniósł przeto głos jeszcze bardziej, i teraz już niemal krzyczał:
- Co planowali?!
- Siedzieli we czterech! Ja siedziałem obok, i trochę słyszałem, co mówią! Zwłaszcza Millera, bo mówił głośno! Był na rauszu, i użalał się nad sobą, opowiadał coś o swoim bracie, że on taki bogaty, więc pójdzie do niego poprosić o pomoc! Coś wspominał o długach! Jak wyszedł, ta trójka coś planowała! Ale mówili dość cicho.
- Rzuciło się coś panu w pamięć?
- Dziwne, latem?
- Co latem?!
- Ta zamieć!
- Czy zapamiętał pan coś z tego, co mówili?!
- Znając ich, nic dobrego. Usłyszałem tylko ‘napiszemy z Japonii’!
- Jak się nazywają ci trzej?!
- Nie znam ich imion czy nazwisk, zawsze mówią do siebie używając ksywek! Stary Wilson pewnie wie o nich więcej! To ten przy bilardzie! Problem jest taki, że ma zanik pamięci krótkotrwałej!
Bolbao powrócił do Wilsona.
- Ja - policja. Robert Miller, informacje, poker, koledzy – powiedział.
- Zadziwiające, jak wiele informacji można udzielić, nie używając czasowników – odparł tamten. – Szukasz pan Rudego, Szekspira i Hamleta, tak?
- Dokładnie.
- No więc… co to ja miałem mówić?
- Jestem policjantem i szukam…
- Przecież wiem, nie rób pan ze mnie głupka. Ci faceci to groźni ludzie są. Kiedyś, jak widziałem, że oszukiwali w karty grając o pieniądze, i zwróciłem im uwagę, powiedzieli mi, że jak się wygadam, to mnie zabiją.
- Grozili panu śmiercią?
- Tak. Zbędny trud. Wystarczy poczekać – tu staruszek zaśmiał się głośno, ukazując braki w uzębieniu. – Ale nie wiem, jak oni się nazywają.
- Mówił pan, że wie pan wszystko o wszystkich.
- Owszem, ale dodałem słowo ‘chyba’. Nie pamięta pan? Polecam Bibolit, to lek na sklerozę. Mnie pomaga, to i panu pomoże.

***

Było już późne popołudnie, kiedy do samochodu sierżanta Sailora wszedł jego przełożony.
- I jak? – zapytał.
- Nic. Kompletnie nic. To bez sensu. Porywacze przysłali listy z podaniem miejsca na okup, i go nie odbierają, a minęła więcej niż doba. Może wyczuli naszą obserwację?
- Wątpię – odparł Bolbao, i dodał po cichu: – ‘Napiszemy z Japonii’.
- Hm? Chcesz umieścić tam wiadomość?
- Nie, skąd ten pomysł?
- Powiedziałeś, że napiszemy anonim.
Kapitan uśmiechnął się.
- Powiedziałem coś innego, ale dziękuję ci. Pomogłeś mi częściowo ustalić tożsamość sprawców.
Sierżant nic z tego nie rozumiał, ale nie chciało mu się drążyć tego tematu. Rzucił tylko:
- Dzwoniła Alice Miller, była zaskoczona, że porywacze się nie pojawili. Nie otrzymała żadnego drugiego listu, a mija piąty dzień od porwania. Dennis Miller też dzwonił, również zdziwiony. Powiedział, że jak do jutra nikt nie odbierze pieniędzy, to sam je weźmie.
Bolbao siedział na miejscu pasażera w zamyśleniu.
- Powiedziałeś, że mija piąty dzień od porwania?
- Tak powiedziała Alice Miller przez telefon.
Kapitan zapuścił się w refleksję jeszcze głębiej.
- Robert Miller wyszedł w sobotę po południu, i nie wrócił. Wychodzącego widziała go żona. Tymczasem jego brat otrzymał list napisany przez porywaczy w sobotę rano, czyli… list został wysłany przed domniemanym porwaniem.
- Skąd wiesz, że Dennis Miller dostał list wcześniej?
- Powiedział, że znalazł go pod drzwiami na gazecie. Gazety dostarczane są rano. Włożył list do środka gazety i wyrzucił do kosza. Widziałem tę gazetę, głównym tematem była piątkowa awaria prądu. Zatem był to numer sobotni.
- Ale co za porywacze wysyłają żądanie okupu przed porwaniem? I jacy porywacze nie odbierają potem okupu?
Bolbao pogładził brodę.
- Jedyna odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy, to taka, że Dennis Miller jest w to zamieszany. Podczas naszej rozmowy sprawiał wrażenie, jak gdyby nie chciał, by jego brat został znaleziony. Może po przeczytaniu listu skontaktował się z porywaczami na własną rękę, a z jakiegoś powodu nie chciał, byśmy o tym wiedzieli?
- Koperta była przecież zamknięta – przypomniał sobie sierżant.
- Do otwarcia koperty i ponownego jej zaklejenia bez zostawiania śladów otwierania wystarczy użyć pary wodnej z czajnika. Zamieńmy się miejscami, Arnoldzie. Tu nic się nie wydarzy.
- Dokąd jedziemy?
- Śledzić Dennisa Millera. Facet coś kręci.
- Nie lepiej wziąć radiowóz?
- Nie chcemy wzbudzać podejrzeń.
- Rozumiem, ale to moja nowa Kia. Świeżutka, prosto z salonu!
- Spokojnie, będziemy go tylko śledzić.

***

Policjanci siedzieli w samochodzie, chrupiąc czipsy i obserwując dom-burger Millera.
- Tylko proszę cię, nie nakrusz – odezwał się Arnold.
Biorąc pod uwagę fakt, że pojazd Millera stał niezaparkowany w garażu, funkcjonariusze spodziewali się, iż mężczyzna planuje jeszcze dzisiaj jakąś podróż. Nie mylili się. Zbliżał się wieczór, gdy auto wyjechało z placu na drogę. Mundurowi podążali za nim, i cały proces śledzenia upływał w ciszy, nakłuwanej jedynie chrupaniem czipsów przez Arnolda Sailora.
- Zwalnia – rzucił w końcu sierżant. Bolbao zatrzymał wóz.
Śledzony wyszedł ze swojego, i z latarką w dłoni skierował się w stronę lasu.
- Idziemy za nim – rozkazał kapitan, i obaj po cichu opuścili wehikuł. Po chwili padł drugi rozkaz:
– Ale czipsy zostaw w samochodzie.
Wieczór był znacznie chłodniejszy niż dzień, i nagła zmiana temperatury sugerowała zbliżającą się burzę. W oddali słychać było szczekanie psa. Bolbao przystanął. Słup światła z latarki zdradzał lokację przebywania podejrzanego. Przez dłuższy moment tkwił w bezruchu, by następnie znów zacząć się przesuwać, tym razem w stronę przeciwną.
- Wraca.
Kapitan wszedł w zarośla, a za nim sierżant. Siedzieli tak do czasu, aż usłyszeli odjeżdżający samochód.
- Wygląda na to, że miałeś rację, kapitanie. Miejsce na okup zostało zmienione. Tylko dlaczego Miller nas o tym nie poinformował?
Bolbao wyszedł zza krzaków, co tłumaczyło się jako: ‘wkrótce się dowiemy’. Arnold włączył w telefonie funkcję latarki, i podążył za szefem, przeszukującym miejsce, w którym Miller uprzednio się zatrzymał.
Rozejrzeli się. Gałąź drzewa zakończona była plastikową butelką, co mogło służyć za punkt charakterystyczny. Henry obszedł drzewo, i uderzył o coś butem.
- Poświeć tutaj.
Z wysokiej trawy wygrzebał walizkę. Sierżant przykucnął, zbliżając źródło światła.
- Gotówka. Jakaś jedna ósma tego, czego żądali porywacze – obwieścił kapitan.
- To znaczy, że Miller się z nimi targował? Bo chyba nie zamierza płacić w ratach? – wyraził zdziwienie jego kompan.
- Jest jakaś kartka. Wiadomość od Millera. ‘Przekazuję kwotę, o jakiej pisałem. Macie go karmić i trzymać w zamknięciu. Niech włos mu z głowy nie spadnie’.
- Nic z tego nie rozumiem – przyznał Sailor. – Zamiast zapłacić okup, Dennis Miller zapłacił porywaczom, żeby nie wypuszczali jego porwanego brata? Facet zostaje porwany, przestępcy żądają pieniędzy od jego brata, a ten płaci im mniej, i pisze, aby nie wypuścili porwanego na wolność. To jakiś absurd. Zupełnie jakby Dennis Miller sam zlecił porwanie brata, ale po co? Alice jest biedna, a sam Robert zadłużony.
Bolbao umieścił wszystko z powrotem, tak jak było, i skierował się do samochodu.
- Poczekamy na porywaczy w aucie. Dobre te czipsy.
Nagle dało się słyszeć zbliżające się kroki. Kapitan pociągnął sierżanta za rękaw, i obaj schowali się w zaroślach. Dwóch mężczyzn zbliżało się w ich kierunku, i prowadziło ze sobą rozmowę:
- Szekspir i te jego pomysły. A ty też nie lepszy – mówił jeden.
- Wszystko było, jak mówiłeś. Był w dresie. To nie nasza wina – tłumaczył się drugi. – Łatwo się w tym wszystkim pogubić. Może nie dostaniemy tyle, ile planowaliśmy, ale osiem razy po dwanaście procent to prawie tyle samo.
- Tak, tylko że teraz musimy się nim opiekować, jak jakieś niańki – rzucił pierwszy, i słychać było otwarcie walizki. – Wszystko się zgadza. Pisze, żebyśmy go karmili, wyobrażasz sobie? Miałem być porywaczem, a zostałem opiekunką. Istne szaleństwo.
Kroki oddalały się. Bolbao ponownie szarpnął Arnolda za rękaw, i obaj wyszli zza krzaków.
- Ktoś tam jest! – usłyszeli. – Chodu!
Kroki były stawiane teraz znacznie szybciej. Policjanci jednocześnie wyjęli pistolety ze swych kabur, po czym wychylili się zza drzew. Dwaj mężczyźni pośpiesznie wchodzili do Toyoty Yaris, by następnie odjechać z piskiem opon.
- Za nimi! – krzyknął Bolbao, i tym razem siadł na miejsce pasażera.
Arnold pośpiesznie uruchomił silnik, i pokierował wozem za uciekającymi.
- Kapitanie, czy rozumiesz coś z tego?
- Rozumiem już wszystko. Człowiek, którego śledziliśmy, i z którym rozmawiałem, to nie Dennis Miller, ale jego brat, Robert.
- Jak to?!
- Porywacze się pomylili. Mieli pochwycić Roberta, by zażądać okupu od jego bogatego brata bliźniaka, a zamiast niego, porwali Dennisa. W kalendarzu miał zaznaczony piątek jako dzień joggingu. Przestępcy myśleli, że ten, kogo porywają, to chodzący często w dresie Robert…
Ścigani niespodziewanie skręcili w nieasfaltowaną dróżkę, a samochód sierżanta ledwo wyhamował przed zakrętem. Nic się jednak nie stało, jedynie czipsy rozsypały się po podłodze. Arnold kontynuował jazdę, wyraźnie niezadowolony z naruszenia czystości jego świeżutkiego modelu, a Bolbao kontynuował wyjaśnianie sprawy:
- …wysłali listy z żądaniami okupu. W sobotę Robert miał zamiar przeprosić Dennisa, lecz nie zastał go, zaś na wycieraczce leżała gazeta i anonimowy list. Robert otworzył go za pomocą pary wodnej, żeby jego brat nie nabrał podejrzeń, i przeczytał wiadomość. Okazało się, że jego koledzy nieświadomie zrobili mu ‘prezent’. Włamał się (zauważyłem, że niedawno w drzwiach domu Dennisa wymieniony został zamek), i przejął tożsamość swojego brata bliźniaka. Wyrzucił list do kosza wraz z gazetą, sporządził naprędce własny skierowany do porywaczy, i wrzucił we wskazane w tamtym liście miejsce przeznaczone na okup. Napisał, że zapłaci mniej w innym, wskazanym przez siebie miejscu, ale za to porwany nie musi być wypuszczony na wolność, przeciwnie - ma być przetrzymywany w zamknięciu, lecz ma nie ucierpieć i być karmiony.
Samochód porywaczy zniknął policjantom z oczu, lecz była tu tylko jedna dróżka.
- Czyli Robert udawał swojego brata bliźniaka? – zapytał Arnold, z trudem składając to wszystko w całość.
- Tak, co nie było dlań trudne. To stąd bałagan w domu - pewnie szukał dokumentów tożsamości, haseł, kodów, danych, w tym bankowych, informacji o ‘Miller and Company’. Przyszedł prosić brata o pomoc, a zamiast tego potajemnie przejął jego majątek i firmę. Udając Dennisa, unikał jednocześnie własnej żony, która prawdopodobnie jako jedyna mogła ich od siebie odróżnić. To dlatego Alice mówiła, iż Dennis ją zbywa i jej unika.
Funkcjonariusze natrafili na rozwidlenie dróg. Bolbao wysiadł pośpiesznie z samochodu, i zaświecił telefonem. Na jednej ścieżce ujrzał świeże ślady opon.
- W prawo – poinstruował, wskakując z powrotem.
Policjanci poruszali się teraz wolniej, gdyż tuż przy dróżce obecne było strome ukształtowanie terenu. Rzeka poniżej zdawała się wzywać ich do zachowania ostrożności. Odbijające się w niej światło odbijane z kolei od księżyca czyniło otoczenie wielce widocznym, włączając w to stojący w pewnej odległości stary podniszczony domek letniskowy oraz zatrzymany przed nim samochód porywaczy. Nagle przednia szyba auta rozprysła na kawałki, raniąc sierżanta w rękę.
- Padnij! – usłyszał Arnold z ust kapitana, i pochylony otworzył drzwi, by się za nimi schować. Potem jego uszy zarejestrowały dwa kolejne strzały.
Sailor wyjrzał. Nogi jednego z porywaczy leżały nieruchomo, wystając zza Toyoty. Kapitan z kolei kucał za otwartymi drzwiami po drugiej stronie samochodu sierżanta.
- Jednego trafiłem, drugi wbiegł do budynku. Jesteś cały?
Arnold obejrzał swoje prawe ramię.
- Lekko ranny, ale moja Kia... Poczekaj, mam pomysł – odparł, i zaczął lekko popychać samochód. Bolbao zaczął popychać z drugiej strony, i wkrótce, gdy było już z górki, wóz potoczył się, a oni, nie wystawiając się na ostrzał, zbliżyli się do domku, wykorzystując pojazd jako osłonę.
- Ten drugi wbiegł gdzieś z boku, więc są chyba dwa wejścia. Ty obstawiaj drzwi frontowe.
- Tak jest.
Kapitan wychylił się, i zawołał donośnym głosem:
- Jesteście otoczeni! Lepiej się poddajcie! W przeciwnym razie możecie skończyć jak wasz rudy kolega!
W odpowiedzi padł strzał, a pod nogi sierżanta upadł kawałek bocznego lusterka.
- Świeżutka z salonu…! – jęknął cicho policjant.
Bolbao zlokalizował źródło pocisku, i posłał kilka od siebie, wołając:
- To za Arnolda!
Sierżant poszedł w jego ślady, i mierząc w prawe skrzydło budynku, krzyczał:
- To za Kię!
Ku zaskoczeniu obu, sylwetka porywacza wychyliła się znienacka zza winkla, nim padła bez życia jak pomnik tyrana po zwycięskim powstaniu. Nie wiadomo było tylko, czy przestępca zginął od strzału za Arnolda Sailora, czy za jego samochód.
- Osłaniaj mnie – rzucił Henry, i podbiegł pod drzwi frontowe. Otworzył je, starając się jak najmniej ciała odsłonić komukolwiek, kto mógł przebywał za nimi.
Nie padł żaden strzał. Bolbao dał znak sierżantowi, by ten pilnował drugiego wejścia. Po chwili dało się słyszeć wołanie mężczyzny ze środka.
- Ani kroku dalej, bo rozwalę mu łeb!
Bolbao miał wrażenie, że zna ten głos. Wychylił się ostrożnie, i ujrzał dwie osoby: pierwsza wyglądała zupełnie jak Robert Miller, druga trzymała zakładnika na muszce.
- Powiedziałem coś! Rzuć broń!
Bolbao nawet nie drgnął, patrzył tylko kryminaliście w oczy.
- Głuchy jesteś?! Chcesz, żeby zginął?
Napięcie eskalowało z każdą sekundą. Porywacz zaciskał dłoń na rewolwerze, a oczy zakładnika wyglądały, jakby miały za chwilę wyskoczyć.
- Larry McLaren? – zapytał spokojnym głosem kapitan.
- Co… co ci do tego?
- Pamiętam cię. Wyszedłeś wcześniej z więzienia za dobre sprawowanie. Byłeś krwiodawcą, opiekowałeś się zwierzętami. Pokazałeś, że masz potencjał na porządnego obywatela. Szkoda byłoby to zmarnować jednym czynem…
- Rzuć broń, powiedziałem!
Z czoła Dennisa Millera spływały strużki potu, podobnie z dłoni McLarena. Jedynie kapitan zdawał się być zupełnie pewny siebie.
- Jeżeli teraz odłożysz pistolet, będziesz miał wciąż szansę na zdrowe życie w społeczeństwie. Jeśli strzelisz, nie będziesz jej miał. Zabijesz ją. Zabijesz siebie. To byłoby bardzo głupie.
Kapitan zbliżał się do obu mężczyzn spokojnym krokiem. Dennis Miller drżał na całym ciele, i przemknęła mu przez głowę myśl, że policjant jest dużo bardziej niebezpieczny od porywacza. Trzymająca rewolwer ręka McLarena również drżała, a na jego twarzy widać było znak trwającej właśnie wewnętrznej walki.
- Dziś zginęły o dwie osoby za dużo – powiedział Henry Bolbao, sięgając dłonią w stronę mokrego od potu rewolweru McLarena. Dennis Miller zamknął oczy. Przez pewien czas jeden pistolet trzymany był przez dwie osoby. W końcu jedna puściła. Miller odetchnął z ulgą, sycząc, jakby wypuszczał powietrze z balona.
Drugimi drzwiami do pomieszczenia wpadł sierżant Arnold, wyrywając ze spodni kolce ostrokrzewu.
- Coś mnie ominęło?
- Aresztuj pana McLarena. Delikatnie, bo to człowiek mimo wszystko sympatyczny – powiedział Bolbao.
W słowniku kapitana wyraz ‘litość ‘pisany był bowiem grubą czcionką.

Data dodania2023-01-23 18:13
KategoriaRóżne
AutorSprytus

O autorze Wszystkie opowiadania

Komentarze

(Komentarze mogą dodawać jedynie zalogowani użytkownicy)

Brak komentarzy
Portal z poezją Pisze wiersze